„The Wicked + The Divine: Faustowska zagrywka” Gillen i McKelvie [RECENZJA]

Seria „The Wicked + The Divine” jest uznawana za jedno z najlepszych dzieł w karierze scenarzysty Kierona Gillena, człowieka znanego u nas głównie z komiksów ze świata „Gwiezdnych Wojen” oraz nieudanego „Wolverine – Geneza II”. Pierwszym tom cyklu, który właśnie ukazał się dzięki Mucha Comics, pozostawił mnie na razie obojętnym.

Co 90 lat dwunastu bogów przyjmuje ludzką postać by żyć na Ziemi. Obdarzeni wyjątkowymi mocami skupiają na sobie uwagę mediów i opinii publicznej cieszą się statusem gwiazd. Są kochani i nienawidzeni, a po dwóch latach umierają. Miliardy ludzi marzą by znaleźć się w ich orbicie, ale udaje się to nielicznym. Jednym z nich jest Laura, młoda dziewczyna, której przypadkowe spotkanie z Lucyferem staje się początkiem niesamowitej przygody. Przygody, która zaczyna się od… morderstwa.

Pomysł wyjściowy serii „The Wicked + The Divine” jest obiecujący. Kieron Gillen poniekąd wraca w niej do rejonów, które wcześniej eksplorował w swojej głośnej miniserii „Phonogram”. – W tamtej serii opowiadaliśmy o tym, jak jednostki wchodzą w interakcję ze sztuką, która ich inspiruje, tworzy na nowo i niszczy. Koncentrowaliśmy się głównie na konsumentach i w zasadzie nie interesowaliśmy się samymi artystami – tłumaczy Kieron Gillen. – W „The Wicked + The Divine” opowiadamy głównie o twórcach sztuki, skupiając się na ich wędrówce, wyborach, kompromisach i ogólnym rozpierdolu, który robią po drodze, na ludziach, których spotykają i na tym, w jaki sposób pomagają sobie, pieprzą się i niszczą się nawzajem – dodaje scenarzysta.

Z opisu Kierona Gillena wyłania się pomysł na komiks intrygujący zarówno pod względem formalnym jak i fabularnym. Niestety, w pierwszym tomie serii jeszcze go nie znajdziemy. scenariuszowo przypomina kolejną opowieść superbohaterską. Owszem, bohaterami „The Wicked + The Divine” są bogowie, ale ich „boskość” na razie przejawia się właśnie głównie prezentacją „supermocy” (z tzw. „nawalanką” włącznie). Z komiksu nie dowiadujemy się ani po co spędzają te dwa lata na ziemi, ani jaką rolę, poza dostarczaniem pożywki brukowej prasie, odgrywają w naszej rzeczywistości. Co więcej, gillenowscy bogowie są w większości antypatyczni i trudno ich polubić. To z kolei sprawia, że fascynacja z jaką spotykają się w społeczeństwie, pozostaje dla mnie niezrozumiała.

Gillen kreśli wyraźną analogię pomiędzy postaciami bogów a gwiazd rozrywki. Każdy z nich ma swój unikalny styl i starannie wyreżyserowany wizerunek. Ich pojawienia się między ludźmi nigdy nie są przypadkowe, a działania często są na pokaz. Jednak na chwilę obecną „The Wicked + The Divine” nawet jako opowieść o sławie i cenie jaką trzeba za nią zapłacić prezentuje się blado.

Za stronę graficzną komiksu odpowiada Jamie McKelvie, z którym Kielon Gillen współpracował już przy okazji wspomnianego wcześniej „Phonogram”. McKelvie, mający na swoim koncie również projekty nowych strojów marvelowskich superbohaterek Captain Marvel i Ms Marvel, tworzy w manierze przypominającej nieco sposób rysowania nieodżałowanego Steve’a Dillona. Jego kadry to klasyczny przykład „czystej kreski”. Bogate w detale, imponują precyzją wykonania i rozmachem kompozycji, ale nie pozostawiają wiele swobody wyobraźni odbiorcy.

„The Wicked + The Divine” najczęściej przyjmowane jest bardzo dobrze. Seria ma już na swoim koncie trzy nominacje do nagrody Eisnera oraz nagrodę British Comic Awards dla najlepszego komiksu. Jej pierwszy tom nie powala na kolana, ale też specjalnie nie rozczarowuje. To dosyć długie, bo liczące 150 stron wprowadzenie do właściwej historii, w której – jak obiecuje Kieron Gillen – nie zabraknie bogów z innych epok. Ci, którzy serię czytają w oryginale zapewniają, że im dalej, tym lepiej. Na razie „The Wicked + The Divine” pozostawił mnie z uczuciem niedosytu. Czekam jednak na premierę drugiego tomu, bo wierzę, że w świecie stworzonym przez Gillena i McKelviego może kryć się frapująca i niebanalna opowieść.

Seria „The Wicked + The Divine” ukazuje się nakładem wydawnictwa Mucha Comics.