„Fear Agent” Remender, Moore, Opena

Hołd złożony klasycznym filmom sci-fi. Pełna niespodzianek, wybuchów i kosmicznych potworów opowieść o samotnym bohaterze podróżującym przez czas by ocalić świat, który zginął na jego oczach. „Fear Agent” to tytuł, który nigdy nie trafił na listy bestsellerów, ale dystansuje większość z tych, którym się ta sztuka udała.

Głównym bohaterem 32-odcinkowej serii jest Heath Huston. Teksańczyk z krwi i kości, miłośnik whisky, wielbiciel Marka Twaine’a i ostatni z Fear Agentów, członków legendarnego oddziału, który przed laty stawił czoła pozaziemskiej inwazji na Ziemię. Kiedy go poznajemy, Heath przemierza przestrzeń kosmiczną podejmując się różnych, nie zawsze legalnych zleceń. Podczas jednego z nich natrafia na spisek cywilizacji Dressitów dążącej do eksterminacji ludzkiego gatunku. Heath stara się temu zapobiec, co staje się początkiem serii nieprawdopodobnych przygód, które zawiodą go do najdalszych krańców wszechświata, a nawet na początek czasu.

„Fear Agent” jest dziełem scenarzysty Ricka Remendera oraz rysowników Tony’ego Moore’a i Jerome’a Openi. Seria ukazywała się w latach 2005-2011, początkowo w wydawnictwie Image Comics (do 11 zeszytu), a później w Dark Horse. Choć pojedyncze zeszyty nie sprzedawały się w imponujących nakładach, dziś „Fear Agent” uznawany jest za serię, którą przywróciła sci-fi komiksowi. I doczekała się już kilku wznowień.

We wstępie do pierwszego zeszytu Rick Remender napisał, że „science fiction straciło jaja”. Serią „Fear Agent” autor miał zamiar przywrócić gatunkowi utraconą męskość i cel ten zrealizował w 100%. „Fear Agent” to 32 zeszyty wypełnione akcją, pirotechniką i kosmitami. Opowieść o ostatnim agencie strachu rozpoczyna się jak typowa historia o samotnym najemniku przemierzającym wszechświat w poszukiwaniu zleceń. Jednak bardzo szybko okazuje się, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Wkrótce dowiadujemy się o dramatycznych wydarzeniach z przeszłości głównego bohatera, pozaziemskiej inwazji na Ziemię, jej ofiarach i trudnych decyzjach jakie musiał podjąć Heath. Wtedy też okazuje się, że Huston to nie jest kolejny sztampowy antybohater, ale postać na wskroś tragiczna. Zgorzkniały, prześladowany demonami przeszłości, targany olbrzymim poczuciem winy tęskni za rodziną, którą stracił, ale którą wciąż ma nadzieję odzyskać. A żeby to osiągnąć, jest gotów na wszystko.

Pomysł, na którym opiera się fabuła „Fear Agent” jest bardzo elastyczny, a Rick Remender potrafi zrobić z tego użytek. Na samym początku wyznacza swojemu bohaterowi cel, do którego ten ma dążyć. Droga, która do tego celu prowadzi, jest jednak kręta i pełna niespodzianek. Fabuła „Fear Agenta” to nieprzerwany ciąg zdrad, spisków, retrospekcji, podróży w czasie i do innych wymiarów. Nie brakuje w niej wojen, kryminalnych zagadek, westernowych pojedynków, kosmicznych piratów, a nawet walki pomiędzy dwiema „wersjami” głównego bohatera. Co ważne, wszystkie te fabularne „zakrętasy” zostają w finale wyjaśnione i uzasadnione. W tej karkołomnej konstrukcji cały czas, jednak, najważniejsi są bohaterowie. Postacie stworzone przez Remendera to ludzie z krwi i kości, których losem autentycznie się przejmujemy. I to dzięki nim, 32 zeszyty czyta się jednym tchem.

Drugim atutem „Fear Agenta” są rysunki. Rick Remender wymyślił fantastyczny świat, ale Tony Moore i Jerome Opena go znakomicie narysowali. Ich kadry to hołd złożony klasycznym filmom takim japoński „Warning from Space”, w którym ludzie walczyli z przybyłą z kosmosu gigantyczną rozgwiazdą, a przede wszystkim fantastycznym komiksom Wally’ego Wooda z czasów jego współpracy z wydawnictwem EC Comics. W uniwersum „Fear Agenta” nie brakuje kosmitów z mackami, z mózgami w słojach, a nawet takich co wyglądają jak sam mózg na czterech nogach. Ponadto są jaszczury, małpoludy, gigantyczne roboty, pająki i muchy (oraz inne insekty) a także zapomniane przez boga stacje kosmiczne i dziesiątki różnorodnych planet. Wszystko przedstawione w zapierających dech w piersiach, bajecznie kolorowych i bogatych w detale kadrach. To właśnie ze względu na nie zdecydowałem się wymienić swoje 6-tomowe wydanie TPB serii na monumentalną „library edition” – opasłe dwa tomy w powiększonym formacie i na grubym kredowym papierze, pozwalające w pełni docenić ogrom pracy jaki Moore i Opena włożyli w stworzenie serii.

„Fear Agent” ma jednak więcej rysowników. W każdym zeszycie cyklu obok głównej historii znajdowały się także krótkie opowieści „Tales of the Fear Agent” poświęcone perypetiom Heatha kiedy ten przemierzał kosmos jako specjalista od eksterminacji wszelkiej maści kosmitów. Ich autorami są m.in. Francesco Francavilla („Batman. Detective Comics”), Rafael Albuquerque („Amerykański wampir”), czy Kieron Dwyer („Kapitan Ameryka”).

Seria „Fear Agent” to jeden z tych komiksów, których nie mam dość. Czytałem ją już trzy razy i za jakiś czas na pewno wrócę do niej po raz kolejny. Fantastyczni bohaterowie, doskonałe dialogi, mnóstwo humoru oraz znakomite rysunki czynią z serii Remendera i spółki dzieło wyjątkowe. Moim zdaniem lepsze niż publikowane obecnie, również w Polsce, „Black Science”.

W 2014 roku wydawnictwo Dark Horse wznowiło cały cykl w formie sześciu TPB. Ich kupienie nie jest problem, bo te są dostępne w ofertach księgarni specjalizujących się w sprzedaży komiksów zagranicznych. Ja osobiście, o ile macie sporo miejsca na półce, polecam dwutomową „library edition”, bowiem jest to jeden z tych tytułów, które należy czytać w jak największym formacie.

W cyklu „Z mojej półki” przedstawiam komiksy ze swojej kolekcji, które jeszcze nie doczekały się wydania na naszym rynku, a zasługują na to, by je znać.

.