„Żyjąca śmierć” Vatine i Varanda [RECENZJA]

Na stoisko Scream Comics podczas tegorocznego Festiwalu Komiksu w Łodzi zajrzałem tylko po „Mroczne miasta”, a opuściłem je z ciężką torbą, lekkim portfelem oraz egzemplarzem „Żyjącej śmierci” Oliviera Vatine’a i Alberto Varandy. To komiks, którego nie powinniście przegapić.

Przyznam, że od jakiegoś czas mam problem z komiksem frankofońskim. Niby czytam, ale nie jestem w stanie wciągnąć się w żadną z nowych serii. Niby cały czas próbuję, ale z coraz mniejszym przekonaniem. „Żyjącą śmierć” kupiłem przede wszystkim ze względu na rysunki oraz dlatego, że to samodzielna, zamknięta historia. I nie żałuję ani złotówki wydanej na ten komiks.

Fabuła „Żyjącej śmierci” rozgrywa się w odległej przyszłości, wieki po tym jak ludzkość porzuciła Ziemię i zbudowała nową cywilizację na Marsie. Joachim, młody naukowiec zafascynowany ziemską historią, zostaje poproszony przez tajemniczą kobietę o pomoc w eksperymencie, którego celem jest sklonowanie jej zmarłej tragicznie córki. Mężczyzna zgadza się nieświadom tego, że cena za przekroczenie granicy życia i śmierci może być absurdalnie wysoka.

„Żyjącą śmierć” jest adaptacją wydanej w 1958 roku książki Stefana Wula pod tym samym tytułem. To inteligentna opowieść fantastyczna, w której przygoda miesza się z melodramatem, a całość przedstawiono w konwencji wiktoriańskiej opowieści grozy. To również oryginalna wariacja na temat historii potwora Frankensteina, a przede wszystkim trzymająca w napięciu i zaskakująca opowieść rozrywkowa, którą przeczytacie z zaangażowaniem od pierwszej do ostatniej strony.

Tym co przykuje Waszą uwagę w pierwszej kolejności będą rysunki. Ich autorem jest Alberto Varanda, portugalski artysta, którego prace możecie kojarzyć z wydanej u nas kilkanaście lat temu serii „Bloodline” oraz jednego z numerów magazynu „Fantasy Komiks”. To co zaprezentował w planszach „Żyjącej śmierci” zapiera w dech piersiach. Varandzie udało się wykreować sugestywny, hipnotyczny wręcz świat, gdzie nowoczesna technologia miesza się z wiktoriańską scenografią i kostiumami. Osiągnięcie tego efektu, który docenią miłośnicy kreski Andreasa, kosztowało Varandę cztery lata pracy, ale jej efekt jest zachwycający. Sugestywne cienie, perfekcyjnie położone kolory (we Francji album ukazał się również w wersji czarno-białej, ale kolorowa prezentuje się lepiej) i precyzyjna kompozycja czynią lekturę „Żyjącej śmierci” niezapomnianym doświadczeniem.

Album został wydany przez Scream Comics jeszcze w sierpniu, ale jego premiera przeszła bez większego echa. Mam nadzieję, że ten tekst zachęci was do tego, by dać mu szansę. „Żyjąca śmierć” nie rozczaruje Was scenariuszowo, a graficznie rozłoży na łopatki.