Seria „Żółtodzioby” przebojem wdarła się na amerykański rynek. Jej pierwszy zeszyt doczekał się za oceanem co najmniej pięciu wydań, a publicznie chwalił ją Tony Hawk. Teraz komiksowy bestseller trafia w ręce polskich czytelników i bardzo jestem ciekaw, jak zostanie przez nich przyjęty.

Akcja „Żółtodzibów” rozgrywa się w 1984 roku na przedmieściach słonecznego Sacramento. Od niedawna mieszka tam również Rick, który po kolejnej rodzinnej przeprowadzce trafia do nowej szkoły i szuka nowych znajomości. Na swojej drodze spotyka Briana, podobnie jak on nie do końca przystającego do „przeciętnej” młodzieży. Obaj kochają metal i deskorolkę. I szybko staną się najlepszymi przyjaciółmi.

Najnowszy komiks napisany przez Ricka Remendera we współpracy z komikiem Brianem Posehnem to podróż do Ameryki sprzed czterdziestu lat. Czasów rządów Ronalda Reagana, metalowej eksplozji (zaledwie rok wcześniej Metallica nagrała swój debiutancki album „Kill’em All”) oraz renesansu skateboardingu, który po wynalezieniu ramp typu „vert” w latach 80. cieszył się wśród amerykańskich nastolatków ogromną popularnością. To nostalgiczna wyprawa do świata, w którym wszystko było prostsze, acz nie wolnego od trosk i problemów.

Image Comics porównuje „Żółtodzioby” do kultowego filmu „Uczniowska balanga” Richarda Linklatera. I jest analogia jak najbardziej trafna. Bo choć wydarzenia przedstawione w obu dziełach dzieli blisko dekada, to oba traktują o młodzieży, a ich najważniejszym celem było oddanie ducha czasów, o których opowiadają. I pod tym względem „Żółtodzioby” sprawdzają się znakomicie.

Opisywany komiks nie jest żadnym obyczajowym „snujem”, choć nie brakuje w nim poważnych tematów. To komedia, w dodatku mocno przesadzona. W „Żółtodziobach” wszystko jest „bardziej”. Rampy są wyższe, dziewczyny kochają mocniej, a prymitywne mięśniaki ze szkolnej drużyny futbolowej gnębią wręcz ekstremalnie. Komiks bywa brutalny, ale jest to częścią satyrycznej konwencji, dzięki czemu nigdy nie traktujemy jej do końca poważnie, a twórcy mogą sobie pozwolić na więcej. W efekcie powstała opowieść pulsująca młodzieńczą energią, wypełniona wydarzeniami, emocjami i jedynymi w swoim rodzaju dyskusjami o wyższości Scorpions nad Van Halen, a wszystko to w imię walki o to, by, bron boże, nie wpasować się w tzw. mainstream.

Ta cała układanka nie działałaby bez rysunków Bretta Parsona. To właśnie ten amerykański rysownik, słynący z charakterystycznej, satyrycznej kreski i mający na swoim koncie choćby współpracę z Alanem Martinem przy „Tank Girl”, tchnął w scenariusz Remendera i Posehna ducha rodem ze stron legendarnego magazynu „MAD”. Dynamiczne kadry, świetnie zaprojektowane postaci i humor czający się pod każdą kreską dały piorunujący efekt.

We wstępie zastanawiałem się jak „Żółtodzioby” odbiorą polscy czytelnicy. Nostalgia to wielka siła, ale rok 1984 wyglądał w Polsce zupełnie inaczej niż w słonecznej Kalifornii (a „poważne” deskorolki pojawiły się w PRL kilka lat później), także w naszym przypadku nostalgia może nie zadziałać. Inna sprawa, że zapewne większość czytelników i tak roku 1984 w polskich realiach może nie pamiętać albo wręcz nie znać. Ale nawet bez nostalgicznych „forów” komiks daje radę. „Żółtodzioby” to kawał energetycznej, świetnie zilustrowanej i znakomicie pokolorowanej (brawa dla Moreno Dinisio) rozrywki. Ostatni kadr sugeruje kontynuację, a ja, podobnie jak cytowany na ostatniej stronie okładki Tony Hawk, niecierpliwie czekam na ciąg dalszy.

Zostaw odpowiedź