„Weź się w garść” Krztoń [RECENZJA]

„Weź się w garść” Anny Krztoń to jeden z moich największych komiksowych wyrzutów sumienia ubiegłego roku. Czytałem ten album kilka razy, jeszcze więcej razy zasiadałem do napisania jego recenzji, ale za każdym razem nie byłem zadowolony z efektu. W sukurs, zupełnie niespodziewanie, przyszedł mi Albert Uderzo.

Choć „Weź się w garść” jest jej pełnometrażowym debiutem, w tzw. komiksowie Anna Krztoń jest artystką doskonale znaną. Twórczyni niezliczonej ilości zinów od lat związana ze sceną niezależną dała się poznać jako autorka dowcipnych i szczerych historii obyczajowych, często inspirowanych doświadczeniami z jej własnego życia.

„Weź się w garść” wyrasta z tego samego kręgu zainteresowań. To opowieść o trzech przyjaciółkach, których korespondencyjna znajomość przeradza się w prawdziwą przyjaźń. Dziewczyny dzielą ze sobą wspólne pasje, ale też problemy niesione przez życie – nieudane związki, depresję i rozczarowania, stając się swoimi najbliższymi powierniczkami.

Jak wspominałem we wstępie, czytałem „Weź się w garść” kilkakrotnie, ale nigdy mnie ten album nie porwał. Niby jest w nim wszystko to, co w czasach obecnej mody na komiksowe biografie, powinno uczynić go bestsellerem. Scenariusz inspirowany autentycznymi wydarzeniami? Jest. Tematyka odnosząca się do realnych i aktualnych problemów? Jest. Masa cytatów nawiązań do filmów i lektur ważnych dla pokolenia bohaterek? Jest. A mimo to, „Weź się w garść” nie działa.

Nierówne tempo narracji oraz gąszcz nazwisk i ksywek bohaterów, w których szybko się zgubiłem, na pewno mają w tym swój udział. Jednak największym problemem było to, że przez blisko 250 stron albumu nigdy nie poczułem, że chcę go czytać dalej, bo jestem ciekaw jego bohaterów oraz ich historii. To co w tym komiksie najważniejsze, pozostawiło mnie obojętnym. I długo nie wiedziałem dlaczego. Do czasu, aż na mojej drodze stanął Albert Uderzo.

We wstępie do komiksu „Asteriks u Reszehezady”, czwartym albumie serii napisanym i narysowanym przez Uderzo, natrafiłem na taki cytat. „Ale przede wszystkim, nauczyłem się czegoś od Rene. Kiedy współpracowaliśmy, nigdy nie tworzyliśmy komiksu strona po stronie. Rene miał zwyczaj najpierw planować swój scenariusz od A do Z, a ja zaczynałem rysować dopiero wtedy, kiedy ukończona została ostatnia scena. Kiedy autor błądzi w nieznanym, nie bardzo wie, dokąd zaprowadzi go ta wędrówka i jak zakończy się cała historia”. I nagle wszystko stało się jasne.

Po przeczytaniu wypowiedzi Uderzo przypomniałem sobie, co Anna Krztoń mówiła o pracy nad komiksem. Wspominała, że tworzyła go w taki sposób, że najpierw pisała kilka stron scenariusza, a później robiła rysunki, po których zakończeniu znowu wracała do fabuły. I ten styl pracy czuć, niestety, w kadrach. Krztoń zabierając się za „Weź się w garść” wiedziała o czym chce opowiedzieć, ale nie do końca wiedziała już jak to zrobić. W rezultacie jej opowieść pozbawiona jest wyraźnego celu, do którego ma zmierzać czytelnik. Co z kolei sprawia, że czyta się ją z rosnącą obojętnością. A szkoda, bo można było temu zapobiec.

Pisarzom w takich sytuacjach pomaga redaktor, a scenarzystom filmowym script doctor. I kogoś o takich kompetencjach zabrakło, moim zdaniem, przy Annie Krztoń, kiedy pracowała nad pełnometrażowym debiutem. Pamiętajmy, że mówimy o autorce, która do czasu „Weź się w garść” tworzyła głównie ziny i krótkie opowiadania komiksowe. Powieść graficzna to inny sposób narracji i zupełnie inne wyzwanie. Wyzwanie, z którym autorka mogłaby sobie lepiej poradzić, gdyby ktoś jej pomógł.

Tym bardziej, że „Weź się w garść” ma potencjał. Komiks jest szczery, fantastycznie narysowany i aktualny. Ma wiele atutów, które giną w błędach, do których każdy debiutant ma prawo, bo to właśnie dzięki nim uczy się trudnej sztuki tworzenia. Jestem przekonany, że Anna Krztoń wyda jeszcze niejeden komiks i jest w stanie napisać dzieło wybitne. „Weź się w garść” takie nie jest, ale spotkanie z nim daje poczucie obcowania z twórcą intrygującym, mającym coś do powiedzenia oraz nie unikającym trudnych tematów. Takim, o którym w przyszłości nie raz usłyszymy i którego kolejnych prac warto wypatrywać na księgarnianych półkach.