Choć w wywiadach ani książkach Papcia Chmiela nie ma wyraźnych deklaracji w tej sprawie, mówi się, że twórca „Tytusa, Romka i A’Tomka” nie chciał, by po jego śmierci ktoś inny kontynuował tę serię. Czy to prawda? Nie wiem, ale też nie ma to już znaczenia, bo pierwszy tom „Nowych przygód” niedawno trafił do sprzedaży. I bardzo jestem ciekaw jak sobie poradzi, bo nie jest to dzieło wolne od wad.
Zacznijmy od tego, że „Tytus, Romek i A’Tomek” to najdłuższa polska seria komiksowa, na której wychowało się kilka pokoleń czytelników. Dla mnie to komiks szczególnie ważny, bo nauczyłem się na nim czytać, ale poznałem go dzięki swojemu ojcu, który w „Tytusie” zaczytywał się jako dziecko na łamach „Świata Młodych”. I choć Papcio tworzył kolejne tomy aż do śmierci, to najlepszymi, w moim przekonaniu, pozostają księgi od I do XVIII (1966-1987). Późniejsze są już, niestety, coraz słabsze (choć „Tytus, Romek i A’Tomek jako warszawscy powstańcy 1944, z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani” dają radę).
„Nowe przygody” wyraźnie nawiązują do złotego okresu serii. Pierwszy tom ma klasyczny, poziomy format, scenariusz stworzony według schematu wymyślonego przez Papcia (chłopcy po raz kolejny uczłowieczają Tytusa) oraz okładkę jakiej nie powstydziłby się sam ojciec cyklu. Dyskusję na temat tego komiksu w przestrzeni medialnej zdominowała inba na temat jednego z żartów, sugerującego, że po 140 godzinach gotowania każdy grzyb jest jadalny. Co jest absurdalne, bo po 140 godzinach gotowania z żadnego grzyba nie zostałoby nic, co można by zjeść, ale z jakiegoś powodu ten fragment rozpalił internety. A szkoda, bo są w tym albumie rzeczy ciekawsze.
Jak wspomniałem, fabularnie wracamy do korzeni. Romek i A’Tomek po raz kolejny podejmują próbę uczłowieczenia Tytusa. Tym razem, dzięki wsparciu nieocenionego profesora T.Alenta, zaprzęgają do tego agenta sztucznej inteligencji o imieniu E’Jaj. Oczywiście połączenie mózgu Tytusa z mózgiem cyfrowym daje nieoczekiwane efekty, a te okazują się wstępem do nowej przygody.
Autorami scenariusza „Nowych przygód” są Artur Chmielewski, syn Papcia i Karol Weber, a wykorzystano w nim, jak możemy dowiedzieć się ze wstępu, kilka żartów wymyślonych jeszcze przez Henryka Jerzego Chmielewskiego. Od pierwszych stron widać, że twórcy starali się stworzyć komiks, który zainteresuje nowych, młodych czytelników, ale spodoba się również weteranom, takim jak ja. Nie brakuje w nim więc słownych gierek, absurdalnego humoru a nawet nostalgicznej wizyty w piwnicach Instytutu T.Alenta, gdzie przechowywane są pojazdy jakie pojawiły się oraz mogły się pojawić we wcześniejszych przygodach bohaterów.
W „Nowych przygodach” mamy więc nowoczesny temat (AI), sporą dawkę nostalgii i kilka udanych żartów. Mimo to, komiks nie działa. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze, scenariusz jest daleki od doskonałości. Obiecującego pomysłu wyjściowego nie udało się twórcom przekuć w zajmującą i wciągającą historię. „Nowe przygody” to zbiór scen zbudowanych wokół mniej lub bardziej udanych żartów, których, niestety, nie czyta się z wypiekami na twarzy.
Drugi problem jest taki, że próbując zrobić komiks dla każdego, czyli starych i nowych czytelników, twórcy stworzyli album dla nikogo. Dla młodych czytelników „Nowe przygody” są zbyt „starodawne”, a dla boomerów, w tym niżej podpisanego, średnio udaną, bazującą przede wszystkim na nostalgii, próbą wskrzeszenia legendy. Takiego „Tytusa” jakie tworzył Papcio w swoich najlepszych latach już nie będzie. Po pierwsze dlatego, że Henryk Jerzy Chmielewski był twórcą jedynym w swoim rodzaju i niemożliwym wydaje się go zastąpić. Po drugie, bo nie ma już świata, do którego Papcio odwoływał się w swoich książeczkach. Żeby dotrzeć z „Tytusem” do nowych czytelników, trzeba by go wymyśleć na nowo. Co jest piekielnie trudne, bo to seria z historią, tradycjami i olbrzymią bazą czytelników. Jeśli jednak wydawcy i twórcom zależy na tym, by „Tytus” żył dalej, to muszą stworzyć komiks bardziej dla nowych i przyszłych pokoleń, a w mniejszym stopniu dla wychowanych na nim fanów.
Wizualnie „Nowe przygody” nie rozczarowują, ale też i niczym nie zaskakują. Zbigniew Larwa sprawnie wszedł w buty Papcia tworząc plansze bliskie oryginałowi. I znowu, dla jednych to może być zaleta, ale moim zdaniem „Tytus” zasługuje na odświeżenie również od strony graficznej. Tymczasem kadry Larwy są jedynie udaną kopią tego, co już znamy. Nie ma tu żadnej niespodzianki, próby unowocześnienia kreski czy choćby zabawy z kadrowaniem. Jest bezpieczna kontynuacja formuły wypracowanej przez Papcia. A to trochę za mało.
„Nowe przygody” Tytusa, Romka i A’Tomka to komiks, którego twórcom zabrakło odwagi, by odbić się od twórczości Papcia Chmiela i spróbować wymyślić tę klasyczną serię na nowo. Pobawić się postaciami, formułą czy stylem graficznym. To bardzo bezpieczna, zarówno fabularnie jak i wizualnie, kontynuacja próbująca połączyć nostalgię z nowoczesnością, czego efektem jest komiks, który żadnej z grup docelowych nie usatysfakcjonuje do końca. I to jest największy, moim zdaniem, problem tego komiksu. A nie rozważania na temat gotowania grzybów.