Trzydzieści lat temu, kiedy byłem jeszcze studentem, znajomość filmu „Dym” była w mojej „bańce” czymś obowiązkowym. Słodko-gorzka opowieść o właścicielu brooklyńskiej trafiki codziennie robiącemu zdjęcie ulicy przed swoim sklepem, była dla mnie pierwszym spotkaniem z Paulem Austerem, amerykańskim pisarzem postmodernistą, może nie tak znanym jak enigmatyczny Thomas Pynchon, ale nie mniej ciekawym.
W ciągu trwającej 50 lat kariery Paul Auster był pisarzem i eseistą, bywał również scenarzystą i reżyserem filmowym. Pozostawił po sobie powieści, poezję, filmy i tłumaczenia. Za jego najważniejsze dzieło uchodzi „Trylogia nowojorska”, na którą składają się trzy powieści: „Szklane miasto”, „Duchy” i „Zamknięty pokój” wydane po raz pierwszy w latach 1985-1986 (polskie tłumaczenie ukazało się w roku 1994). To właśnie w nich krytycy dopatrują się tego, co najważniejsze i kluczowe w twórczości Paula Austera.
W „Szklanym mieście” śledzimy perypetie autora powieści kryminalnych, który próbuje swoich sił w zawodzie detektywa i w konsekwencji popada w szaleństwo. „Duchy” to opowieść o detektywie o imieniu Blue, który na prośbę tajemniczego zleceniodawcy White’a śledzi mężczyznę o imieniu Black. Z kolei w „Zamkniętym pokoju” towarzyszymy niespełnionemu pisarzowi, który odnosi, poniekąd, sukces jako „odkrywca” twórczości swojego zaginionego w tajemniczych okolicznościach przyjaciela.
Gatunkowo „Trylogii nowojorskiej” najbliżej jest do kryminału, ale kryminałem ona nie jest. Bo choć główny bohater każdej z powieści mierzy się z zagadką, to jest to tylko punkt wyjścia, wprowadzenie do czegoś więcej. Jak na postmodernistę przystało, Paul Auster bawi się konwencjami, formą czy stylistyką poruszając szereg różnych, niekiedy bardzo odległych tematów.
„Trylogia nowojorska” nie jest więc dziełem łatwym w odbiorze. Równie ważne jak fabuła są w niej słowa, bo w każdej z powieści nie brakuje rozważań na temat literatury czy języka miejscami ocierając się wręcz o filozofię. Przeniesienie tej historii w komiksowe kadry paradoksalnie nie czyni jej łatwiejszą. „Trylogii nowojorskiej” nie da się przeczytać w jeden wieczór. Ale też i nie warto próbować. To jedna z tych książek, które najlepiej smakować po woli, by docenić kunszt jej autora.
Komiksowa adaptacja „Szklanego domu” powstała już w 1994 roku i jest dziełem Paula Karasika i Davida Mazzucchcelliego. Pierwsze wydanie komiksu zostało pięć lat później uznane, przez redakcję opiniotwórczego magazynu „The Comics Journal”, za jeden ze 100 najważniejszych angielskojęzycznych komiksów wieku. Jego kolejna edycja ukazała się w 2004 roku i ponownie wzbudziła entuzjazm krytyków i czytelników. Od tego czasu doczekał się wydania w ponad 30 krajach.
Dwadzieścia lat później, niespodziewanie. Paul Karasik – spiritus movens adaptacji – powrócił do „Trylogii nowojorskiej” czego efektem są „Duchy” (autorstwa Karasika i rysownika Lorenzo Mattottiego) oraz „Zamknięty pokój” (napisany i narysowany przez Karasika). Zebrane w jednym tomie tworzą spójną choć różnorodną całość zachowującą, co najważniejsze, esencję twórczości Paula Austera.
Nie da się ukryć, że rysunki są w przypadku „Trylogii nowojorskiej” jedynie uzupełnieniem prozy amerykańskiego pisarza. „Duchy” to wręcz nie komiks, ale ilustrowana opowieść, w której zachowano całe ustępy dzieła Austera. Strona graficzna adaptacji podporządkowana jest oryginałowi od pierwszego do ostatniego kadru. Rysunki pozwalają całą historię przyspieszyć, nadać jej większego tempa, ale, co najważniejsze, nie zmieniają i nie banalizują tego, co w pracach autora „Lulu na moście” najważniejsze.
„Trylogia nowojorska” według Paula Karasika jest dziełem adresowanym przede wszystkim do miłośników twórczości Paula Austera. To oni, w pierwszej kolejności, docenią enigmatyczną fabułę, zabawy formą i językiem oraz filozoficznymi rozważaniami na temat literatury czy istoty twórczości. Nie jest to komiks łatwy, ale na pewno satysfakcjonujący.