„Tank Girl” Hewlett i Martin [RECENZJA]

Blisko 30 lat po premierze pierwszego komiksu ze swoim udziałem, Tank Girl zawitała do Polski. I bardzo dobrze. Bo poza tym, że ten tytuł to kawał komiksowej historii, to jeszcze znakomicie oparł się próbie czasu.

Tank Girl, jak piszą o niej sami twórcy jest „łysa, cuchnąca, liże się z kangurami, nosi za wielkie buty i za ciasny stanik (oraz majty, którym przydałaby się przepierka), jara, pije i bije się stanowczo zbyt często, (…) ma kaca giganta” a w dodatku jeździ czołgiem. I uwielbia pakować się w kłopoty. Jej życie to ciąg szalonych imprez i nieprawdopodobnych przygód, wśród których są niebezpieczna misja dostarczenia prezydentowi woreczka na kupę, brawurowa kradzież jedynego dobrego piwa w Australii czy spotkanie z Indianą Zimniokiem Jonesem, posiadaczem szlafroka wszechmocy obdarzającego swojego właściciela nieprawdopodobną mocą.

Powyższy opis dość wiernie oddaje to, co znajdziecie w pierwszym tomie przygód Tank Girl. Komiks jest zbiorem absolutnie szalonych i niesamowitych perypetii, w których nie brakuje przemocy, seksu, solidnej dawki humoru oraz zmutowanych kangurów.

Takk Girl, stworzona w drugiej połowie lat 80. przez rysownika i scenarzystę Jamiego Hewletta (współtwórcy zespołu Gorillaz) oraz scenarzystę Alana Martina, narodziła się w formie pojedynczego rysunku opublikowanego w zinie „Atomtan”. Półtora roku później, na łamach magazynu „Deadline”, założonego m.in. przez nieodżałowanego Steve’a Dillona, ukazała się jej pierwsza komiksowa przygoda.

„Tank Girl” jest dzieckiem swoich czasów. W drugiej połowie lat 80., kiedy o gustach muzycznych pokolenia decydowała telewizja MTV, a Ronald Reagan i Margaret Thatcher po obu stronach oceanu wpędzali biedaków w jeszcze większą biedę (cyt. za Alanem Martinem), pojawiła się postać totalnie kontestująca ówczesny porządek. Wyrastająca duchowo z punkowej rewolucji, Tak Girl jest bezczelna i zwariowana, kocha imprezy i używki, za nic ma autorytety, do łóżka chodzi z kangurem, a swoje problemy rozwiązuje przy pomocy potężnego czołgu. Słowem, trudno jej nie polubić. Nic dziwnego, że w kręgach kultury niezależnej komiks Hewletta i Martina szybko zdobył sporą popularność.

„Tank Girl” to zbiór nieprawdopodobnych przygód, niewybrednych żartów i niekończących się aluzji do świata popkultury. Akcja i humor są w nim ważniejsze niż takie „detale” jak logika czy związki przyczynowo skutkowe. Hewlett i Martin podchodzą do swojego dzieła bardzo swobodnie. Nie mają problemu z tym, żeby przerwać na chwilę narrację aby, dla efektu komicznego, pokazać na przykład samych siebie w trakcie procesu twórczego. Nie czują się też zobligowani do tego, by ich opowiadania opatrzone były puentami. Jeśli akurat jakaś im przyjdzie do głowy, to super, jeśli nie, to też dobrze.

Jest w „Tank Girl” dzika energia, która sprawia, że choć komiks jest chaotyczny, nierówny a niekiedy wręcz niechlujny, nie można przestać go czytać. Absurdalny humor, czarno-białe rysunki nawiązujące do sztuki punkowej oraz fanzinów, a przed wszystkim ekscentryczna główna bohaterka, czynią lekturę tego komiksu doświadczeniem wyjątkowym.

Nie wiem jak na „Tank Girl” zareaguje „młodzież” wychowana na filmowej superbohaterowszczyźnie, ale ja, stary dziad pamiętający jeszcze czasy „QQRYQ” czy „Eternal Torment”, bawiłem się przy dziele Hewletta i Martina znakomicie.

Album „Tank Girl” ukazał się nakładem wydawnictwa Non Stop Comics.