„Sylwetki i cienie” Rzecznik [RECENZJA]

Znikające z rynku Wydawnictwo Komiksowe żegna się z czytelnikami na wysokim C. Ostatni album opublikowany przez oficynę pt. „Sylwetki i cienie” Michała Rzecznika to jeden z najmocniejszych kandydatów do miana tegorocznego komiksu roku.

W „Sylwetkach i cieniach” Michał Rzecznik, współautor „Przygód Powstania Warszawskiego”, „Maczużnika” czy znakomitej milicyjnej serii „KOT”?, opowiada historię własnej rodziny. Snuje komiksową sagę, w której nie brakuje osobistych dramatów, radości, chwil triumfu i wstydliwych tajemnic. Wydawca określa album mianem „kroniki”, jednak moim zdaniem „Sylwetki i cienie” są czymś więcej.

W posłowiu Michał Rzecznik wyjaśnia, że do pracy nad komiksem zasiadł bez scenariusza i z zamiarem stworzenia dzieła, w którym każda scena byłaby improwizowana. Są więc „Sylwetki i cienie” wyjątkowym kolażem rodzinnych wspomnień, historycznych wydarzeń, barwnych anegdot, ale i nieścisłości. Lektura komiksu Rzecznika przypomina doświadczenie oglądania albumu z rodzinnymi fotografiami, gdzie każde kolejne zdjęcie prowokuje odbiorców do przytaczania innych wspomnień. Jedne pamiętają lepiej, inne gorzej, a o jeszcze inne potrafią się pokłócić.

I dokładnie to samo dzieje się w kadrach „Sylwetek i cieni”. Przewodnikami po tej historii są bowiem najbliżsi Michała Rzecznika, którzy nie tylko opowiadają rodzinne dzieje, ale również komentują ich uczestników, popisują erudycją w przytaczaniu historycznych ciekawostek, albo wręcz opowiadają te same wydarzenia z różnej perspektywy i z różnymi puentami. W rezultacie „Sylwetki i cienie” to komiks nieustannie zaskakujący czytelnika – żywy, pełen niespodzianek, ale i fantastycznego humoru. I choć każda z jego scen jest owocem improwizacji, to jako całość tworzą zwartą i logiczną całość.

Ta dezynwoltura w traktowaniu przez Michała Rzecznika komiksowej materii, dotyczy również rysunków. A właściwie nie tylko rysunków, bo od strony wizualnej „Sylwetki i cienie” przypominają kolaż. Owszem, są w tym albumie klasyczne komiksowe kadry i dymki, ale nie brakuje w nim zdjęć, kopii dokumentów, obrazów, plakatów, okładek płyt, planu fabryki ciągników Ursus, gazetowych artykułów a nawet rysunkowych cytatów z wcześniejszych komiksów Rzecznika. Dodatkowo autor albumu cały czas żongluje techniką i kreską. Podejrzewam, że gdyby takiego zadania podjął się ktoś inny, zapewne wyszłaby z tego niestrawna papka, jednak autor „Maczużnika” znakomicie panuje nad stroną wizualną swojego dzieła. Mimo mnogości stylów, „Sylwetki i cienie” w finale okazują się dziełem spójnym, przemyślanym i konsekwentnym.

Najnowsze dzieło Michała Rzecznika, to jeden z tych komiksów, o których będzie przez długi czas głośno i jeden z najmocniejszych kandydatów do tytułu najlepszego polskiego komiksu roku. „Sylwetki i cienie” to album pełen emocji, intrygujący oraz pełen fantastycznych pomysłów formalnych i stylistycznych. Jak dla mnie, pozycja obowiązkowa.