Kilka dni temu pisałem, że rzadko już sięgam po komiksy stricte rozrywkowe. Wydawnictwa takie jak „Superman kontra Lobo” są jednym z powodów takiego stanu rzeczy. I choć człowiek wiedział, a jednak się łudził, to sięgnąłem po ten tytuł. I cóż, przeczytałem, żebyście wy nie musieli.

Licząca niecałych 140 stron historia opowiada o przypadkowym, ale brzemiennym w skutkach, spotkaniu Człowieka ze Stali z ostatnim Czarnianinem. W ich efekcie Superman staje się czarnym charakterem ziemskich mediów społecznościowych, rodzinne planety Kal-Ela i Lobo ponownie pojawiają się kosmosie (wraz z mieszkańcami), a gigantyczny niesporczak przypadkowo może zniszczyć świat.

Nie wiem, co sobie myślałem, kiedy sięgałem po ten komiks. Bo w sumie nie jestem zaskoczonym tym, że mnie rozczarował. Najwyraźniej, dałem się uwieść marketingowemu pomysłowi DC zakładającemu, że sam fakt postawienia naprzeciwko siebie Loczka i Ważniaka przyciągnie czytelników. I w moim przypadku to zadziałało. Choć, co ważne, nie bez znaczenia były nazwiska na okładce dające nadzieję, że „Superman kontra Lobo” choć prawie na pewno okaże się skokiem na kasę, to będzie jednak skokiem zrobionym z wdziękiem i klasą.

Trzeba przyznać, że scenarzyści Tim Seeley oraz Sarah Beattie robią co mogą, żeby wycisnąć z tego pomysłu ile się da. Fabuła „Superman kontra Lobo” jest chaosem, w którym jednak od czasu do czasu pojawiają się wątki z potencjałem – dezinformacja w mediach społecznościowych, influencerzy, powrót rodzinnych światów tytułowych bohaterów, a nawet sugerowany romans Lobo z członkinią rodziny Supermana. Problem w tym, że żaden z tych pomysłów nie został ani sensownie rozwinięty, ani ciekawie spuentowany. „Superman kontra Lobo” nie jest, wbrew moim oczekiwaniom, ani zabawny, ani mądry (choć próbuje), ani, co najgorsze, interesujący.

Co więcej, nie za bardzo wiem dlaczego ten tytuł ukazał się pod szyldem DC Black Label, czyli imprintu adresowanego do dojrzałych czytelników i sugerującego „jazdę po bandzie”. W „Superman kontra Lobo” nic nie jest po bandzie. Bohaterowie nigdy nie przeklinają, scen erotycznych brak, nawet gwóźdź programu, czyli nawalanka superbohaterów, nie jest przesadnie brutalna.

Sytuację ratują, ale tylko minimalnie, rysunki Mirki Andolfo. Włoska artystka, jak zawsze, stanęła na wysokości zadania, ale jej kadry, choć naprawdę atrakcyjnie narysowane, również są bardzo „grzeczne”. „Superman kontra Lobo” wizualnie jest bardzo kolorowy i bardzo dynamiczny, ale niewiele poza tym.

Niestety, najlepszym w „Superman kontra Lobo” jest tytuł. Obietnica w nim się kryjąca jest naprawdę kusząca. Niestety, fabularnie ta miniseria, to jedno wielkie rozczarowanie. Komiks, którego lektura Was zmęczy, a po jej zakończeniu (jeśli w ogóle dotrwacie do finału), za kilkanaście minut nie będziecie pamiętali, o czym ten komiks w ogóle był. To propozycja dla najbardziej hardkorowych miłośników superbohaterowszczyzny, choć, podejrzewam, również oni będą nią rozczarowani.

Zostaw odpowiedź