Sortownia #9: „Harley Quinn”, „Nightwing”, „Wonder Woman” i „Noc ludzi potworów”

Postanowiłem przeczytać pierwsze tomy wszystkich serii „DC Odrodzenia” jakie ukażą się na naszym rynku. Zajęło mi to kilka miesięcy, a przebrnięcie przez nie okazało się dużym wyzwaniem. W tym odcinku „Sortowni” kończę ten „challenge” i dzielę się swoimi przemyśleniami na temat serii „Harley Quinn”, „Nightwing” i „Wonder Woman” oraz pierwszego odrodzeniowego crossoveru „Noc ludzi potworów”.

WONDER WOMAN: KŁAMSTWA
Greg Rucka przed laty z powodzeniem pisał przygody Wonder Woman, a stworzone przez niego komiksy poświęcone superbohaterce uznawane są za znaczące. Przy okazji odrodzeniowego restartu autor powrócił do postaci amazonki, ale pierwszy tom jego serii nie zachwyca.

Po rozstaniu ze Stevem Trevorem i śmierci ukochanego Supermana, Wonder Woman zostaje sama. Dręczą ją smutek i tęsknota, ale też niepewność. Od jakiegoś czasu w jej głowie pojawiają się wspomnienia z życia, które nigdy nie stało się jej udziałem. Wonder Woman jest przekonana, że są one prawdziwe, ale nie ma jak tego zweryfikować. Olimp stoi opuszczony, a ona sama zapomniała jak trafić na rodzinną Temiskirę. Chcąc odnaleźć drogę do domu, Wonder Woman musi udać się do Afryki by poprosić o pomoc swojego największego wroga i stawić czoła starożytnemu demonowi.

Odrodzeniowa Wonder Woman zrywa ze swoim dziedzictwem z czasów Nowego DC Comics. Nie jest już Bogiem Wojny, ale „Kłamstwa” nie przynoszą odpowiedzi na pytanie kim w takim razie jest teraz. Na to, co sugeruje finał, przyjdzie czas w kolejnych częściach. Pierwszy tom „Wonder Woman” jest rozbudowanym wprowadzeniem do większej historii. Albumem ustanawiającym nowy rozdział w historii superbohaterki i do pewnego stopnia zmieniającym świat, w którym ona żyje. Do akcji powraca Steve Trevor, na kluczową postać wysuwa się Cheetah, a w tle pojawia się nowy, potężny wróg oraz gigantyczny spisek. „Kłamstwa” niczym was specjalnie nie zaskoczą, ale Greg Rucka jest doświadczonym scenarzystą i album czyta się nieźle. Choć jak na autora „Zamieci” i „Queen & Country. Za królową i ojczyznę”, jest to komiks co najwyżej przeciętny. Również graficznie.

NIGHTWING: LEPSZY NIŻ BATMAN
Swojej pierwszej pełnoprawnej serii Nightwing doczekał się już w 1996 roku. Ponad 20 lat później jeden z najpopularniejszych obecnie bohaterów uniwersum DC Comics dotarł wreszcie do Polski. „Lepszy niż Batman” to pierwszy tom jego odrodzeniowych przygód napisanych przez Tima Seeleya, autora m.in. serii „Revival”.

Po tym jak dzięki zaawansowanej technologii szpiegowskiej agencji Spyral udało mu się odzyskać tajną tożsamość, Dick Grayson powrócił do roli Nightwinga. I do Gotham. Choć rozpoczął nowe życie, ma jeszcze sporo starych spraw do załatwienia, w tym niewyrównane porachunki z Trybunałem Sów. Z pomocą zamaskowanego osiłka, tajemniczego Raptora, staje do walki z potężnym przeciwnikiem.

Przyznam, że usnąłem czytając „Lepszego niż Batman”. I to nie dlatego, że w komiksie, jak w przysłowowiomym „polskim filmie”, nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Na ponad 150 stronach komiksu wydarzeń jest całkiem sporo. Problem w tym, że zarówno intryga albumu jak i główny bohater pozostawili mnie całkowicie obojętnym. „Nightwinga” czytałem z rosnącym znużeniem, aż w końcu „przytrenowałem oko”. Jak się obudziłem, doczytałem do końca, ale głównie z poczucia recenzenckiego obowiązku, bo było mi całkowicie obojętne jak ta historia się zakończy. I choć Tim Seeley włożył wiele wysiłku w to, żeby nakreślić Dicka Graysona jako samodzielnego bohatera, „Lepszy niż Batman” jest jednym z tych komiksów, o których zapomina się zaraz po przeczytaniu. Ponoć później seria „Nightwing” się rozkręca, ale ja już się raczej o tym nie przekonam.

HARLEY QUINN: UMRZEĆ Z ŚMIECHEM
Restart „Odrodzenie” poza kosmetycznymi poprawkami stroju nie wprowadził dużych zmian do życia i świata Harley Quinn. Bez zmian pozostali również autorzy poświęconej jej serii, którymi nadal są Jimmy Palmiotti i Amanda Conner oraz rysownik Chad Hardin. Fani „Harley Quinn” z czasów „Nowego DC Comics” w „Odrodzenie” wejdą więc bez najmniejszego problemu.

W „Umrzeć ze śmiechem” Harley Quinn stawia czoła inwazji zombie, podejmuje się wykonania niebezpiecznej misji w Indiach oraz zakłada zespół punkowy, dzięki czemu ma nadzieję namierzyć i przyskrzynić niebezpieczny gang.

Lubię Harley Quinn jako postać, ale poświęcona jej seria komiksowa nigdy mnie do siebie nie przekonała. Ukochana Jokera, jak dla mnie, najlepiej sprawdza się jako postać drugoplanowa. Jej solowe przygody w większej dawce stają się monotonne, choć przyznaję, że Jimmy Palmiotti i Amanda Conner robią wszystko, żeby tak się nie stało. Ich pomysłowość jest głównym powodem, dla którego „Harley Quinn” wciąż czytam. Bo choć seria nie jest arcydziełem, to zawsze jestem ciekaw w jaką kabałę autorzy wplączą tytułową bohaterkę i w jaki sposób ją z niej wyplączą. Nie wszystkie ich pomysły są trafione. Scenariuszowo „Harley Quinn” się powtarza i nie brakuje w niej sucharów, ale – podobnie jak marvelowski „Deadpool” – ma swoich fanów, którym ten styl się podoba. Ja do nich nie należę, ale jeśli jesteś jednym z nich to „Umrzeć ze śmiechem” jest właśnie dla Ciebie.

BATMAN: NOC LUDZI POTWORÓW
Pierwszy crossover „Odrodzenia” jest jednocześnie jednym z najsłabszych komiksów sygnowanych logiem nowego restartu uniwersum DC Comics. „Noc ludzi potworów” to dzieło złe zarówno fabularnie jak i graficznie.

Batman i jego współpracownicy muszą zmierzyć się z nowym zagrożeniem. Nad Gotham nadciąga burza stulecia i nie wiadomo czy miasto wyjdzie z niej bez szwanku. Jak by tego było mało, na ulicach metropolii pojawiają się stworzone przez Hugona Strange’a potwory obracając w perzynę wszystko co spotkają na swojej drodze. Mroczny Rycerz i jego Rodzina po raz kolejny stają do nierównej walki o Gotham i jego mieszkańców.

Największym problemem „Nocy ludzi potworów” jest to, że ten album właściwie pozbawiony jest scenariusza. W komiksowych kadrach niby cały czas coś się dzieje. Potwory niszczą miasto, a superbohaterowie walczą ile tchu w płucach, ale sensu w tym nie ma za grosz. Tom, pod którym podpisało się aż trzech scenarzystów, to połączenie pomysłu rodem z „Pacific Rim” z chaotyczną superbohaterską nawalanką w najgorszym wydaniu: sztampową, pozbawioną humoru i pełną fabularnych naiwności oraz nielogiczności. Całość czyta się ciężko. Nie tylko dlatego, że „Noc ludzi potworów” jest głupia, nudna, a onomatopeje doszły w nich do absurdalnego „frashaboom”. Również dlatego, że komiks jest zwyczajnie brzydki.

PODSUMOWANIE
Po jednym z wcześniejszych odcinków „Sortowni”, w którym również niepochlebnie wypowiedziałem się o komiksach sygnowanych logiem „Odrodzenia”, odezwało się do mnie sporo osób z pretensjami, że nie mam racji i to są dobre komiksy. Otóż nie są. A kolejna ich dawka tylko mnie w tym utwierdziła. Być może dobre się staną. Ale na razie daleko im do „Daredevila” Briana Michaela Bendisa, „Punishera MAXA” Gartha Ennisa czy choćby pierwszych tomów przygód Mrocznego Rycerza z czasów „Nowego DC Comics” tworzonych przez Scotta Snydera i Grega Capullo. Największym ich problemem jest nieprawdopodobna miałkość przedstawianych historii. Po przeczytaniu tych kilkunastu tomów mam wrażenie, że szefowie DC Comics zabronili swoim autorom mieć jakiekolwiek oryginalne, odważne i niesztampowe pomysły. „Odrodzenie” to przeciętna superbohaterowszczyzna, która męczy zamiast bawić. Jak pisałem, być może (i mam nadzieję, że tak się stanie) to się zmieni. Tym bardziej, że fani donoszą, że przygody Supermana czy dalsze odcinki perypetii Batmana są niezłe. Na razie, jednak „DC Odrodzenie” rozczarowuje.