Sortownia #6: Wolverine. Trzy miesiące do śmierci, Hulk., Koniec i inne opowieści, Millenium Saga. Zamrożone dusze, Lanfeust z Troy, Dziesięć bolesnych operacji

W szóstym odcinku „Sortowni” trochę superbohaterowszczyzny w osobach Wolverine’a i Hulka, nowe komiksowe przygody Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander, zbiorcze wznowienie „Lanfeusta z Troy” oraz nowe wydanie legendarnych „Dziesięciu bolesnych operacji” Dominika Szcześniaka i Macieja Pałki.

WOLVERINE. TRZY MIESIĄCE DO ŚMIERCI, TOM 1 (Egmont)
Komiksy superbohaterskie coraz rzadziej mnie bawią, choć od czasu do czasu, w natłoku średniaków, trafia się rodzyn na miarę „Czarnego Młota”. „Wolverine. Trzy miesiące do śmierci” nie jest jednym z nich, ale jest przyzwoitą trykotową nawalanką.

Z kolejnego starcia z Sabretoothem, swoim odwiecznym wrogiem, Wolverine wyszedł ciężko poraniony i pozbawiony zdolności regeneracji. Jego kariera superbohatera zostaje zagrożona, zatem porzuca dawnych towarzyszy, by przyłączyć się do drużyny szemranego biznesmena Oferty. Szybko jednak okazuje się, że „zdrada” Rosomaka jest pozorna, a intryga, w którą się wplątał może go kosztować życie.

Pierwsza część „Trzech miesięcy do śmierci” nie jest arcydziełem. To kolejna superbohaterska nawalanka, ale niepozbawiona kilku ciekawych pomysłów. Dla fanów jest to tom ważny, bowiem prowadzi do jednego z najważniejszych wydarzeń w historii uniwersum Marvela ostatnich lat. Scenariusz Paula Cornella jest miejscami zbyt szybki i czasami ciężko odnaleźć się w stworzonej przez niego opowieści, ale rysunki Ryana Stegmana i Gerardo Sandovala nie spodobają się tylko przeciwnikom cartoonowej kreski. Dla fanów Rosomaka pozycja obowiązkowa. Pozostali mogą spokojnie poczekać na „Śmierć Wolverine’a”, która jest znacznie lepsza.

HULK. KONIEC I INNE OPOWIEŚCI (Egmont)
Cykl „Marvel Klasyka” powstał jako konkurencyjny do DC Deluxe zbiór najważniejszych i najbardziej znaczących historii wydawnictwa Marvel. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego to właśnie pod tym szyldem wydano antologię „Hulk. Koniec i inne opowieści”.

Mam z Hulkiem problem. Postać ta przez krytyków często przedstawiana jest jako wyrastająca z amerykańskich lęków czasów Zimnej Wojny, frustracji spowodowanych amerykańską ingerencją w Wietnamie oraz obaw związanych z wykorzystaniem energii atomowej. W latach 60. przedstawiany był wręcz jako ikona rewolucji (co potwierdziły wyniki ankiety przeprowadzonej prze magazyn „Esquire” wśród studentów). Ja tego, niestety, w Hulku nie widzę. To postać charakterystyczna, dająca olbrzymie pole do popisu rysownikom, ale sprawdzająca się tylko jako bohater drugoplanowy. Liczyłem, że album „Hulk. Koniec i inne opowieści” sprawi, że zmienię zdanie, ale tak się nie stało. Co więcej, tylko mnie w nim utwierdził.

W tomie znajdziecie trzy historie. „Czas przyszły niedoskonały” to opowieść o Hulku, który trafia do odległej przyszłości by stanąć do walki z bezwzględnym dyktatorem… Hulkiem. „Koniec” przenosi czytelników do zrujnowanego świata, którego jedynym mieszkańcem pozostał Bruce Banner. Finałowa opowieść „Hulk – Transforme” to sensacyjna historia o spotkaniu Hulka z ludźmi pragnącymi skraść jego moc.

Z powyższych najlepiej prezentuje się „Koniec” napisany przez laureata nagrody Eisnera Petera Davida (który przygody Hulka tworzył przez 12 lat) i narysowany przez Kanadyjczyka Dale’a Keowna. Ta krótka, ale intensywna historia przedstawia Hulka jako istotę tragiczną. Herosa wiecznie skonfliktowanego ze swoim alter ego, bez którego jednak nie może żyć. Jeden i drugi życzą sobie nawzajem śmierci, ale są na siebie skazani i nie ma nadziei, że to się kiedykolwiek zmieni.

Warto zwrócić uwagę również na Hulk – Transforme”. Nie ze względu na wyjątkowość tej opowieści (bo jest wybitnie przeciętna), ale na fakt, że została narysowana przez Piotra Kowalskiego, pierwszego Polaka w historii, któremu Marvel powierzył stworzenie przygód zielonoskórego herosa.

„Hulk. Koniec i inne opowieści” obiektywnie nie jest złym komiksem. Jest za to, co gorzej, komiksem bez żadnego znaczenia. Superbohaterską papką, którą konsumuje się bez większych emocji i która z każdą kolejną stroną obchodzi czytelnika coraz mniej. Tylko dla największych fanów zielonoskórego.

MILLENIUM SAGA. ZAMROŻONE DUSZE, TOM 1 (Egmont)
Liczba sprzedanych książek z serii „Millenium” sięga już 100 milionów egzemplarzy i choć od śmierci pomysłodawcy cyklu Stiega Larssona minęło kilkanaście lat, to zainteresowanie stworzonymi przez niego postaciami nie maleje. Seria doczekała się już dwóch ekranizacji, (w planach jest kolejna), kilku adaptacji komiksowych oraz trzech kontynuacji – dwóch powieściowych napisanych przez David Lagercrantza oraz jednej komiksowej zatytułowanej „Zamrożone dusze”, pod którą podpisali się scenarzysta Sylvain Runberg i rysownik Belén Ortega.

Sylvain Runberg nie jest w Polsce twórcą anonimowym. Na swoim koncie ma wydane w naszym kraju serie „Konungowie” i „Orbital”, rozpoczęty niedawno cykl „Podoboje” oraz trzy solidne komiksowe adaptacje trylogii „Millenium” Stiega Larssona. Świat stworzony przez szwedzkiego pisarza zna zatem bardzo dobrze i, co ważniejsze, dobrze się w nim czuje.

W „Zamrożonych duszach” kontynuuje opowieść o dziennikarzu Mikaelu Blomkviście i genialnej hakerce Lisbeth Salander, którzy tym razem stają do nierównej walki z tajemniczą organizacją Sparta. Oczywiście, jak na „Millenium” przystało w intrydze komiksu nie brakuje służb specjalnych, skrajnej prawicy i tajemnic z przeszłość. Całość czyta się nieźle, a po dojściu do ostatniej strony ma się ochotę na więcej. Choć pomysł, by członkowie Sparty usiłowali podbić świat z gołymi klatami i w hełmach rodem z „300” jest kuriozalny. Dobra robota. I nic poza tym.

LANFEUST Z TROY, WYDANIE ZBIORCZE, TOM 1 (Egmont)
Kiedy w 2001 roku Egmont rozpoczynał wydawanie „Lanfeusta z Troy”, rynek komiksowy w Polsce odbudowywał się z zapaści w jaką wpadł w latach 90. Komiksów ukazywało akurat tyle, żeby bez specjalnego wysiłku kupować co miesiąc wszystko, co pojawiało się na półkach. W takich też okolicznościach wszedłem w posiadanie pierwszego tomu „Lanfeusta z Troy”, a potem kolejnych. Wracając do nich po latach bałem się, że na tle dzisiejszej oferty wypadną blado, ale mile się rozczarowałem. Pierwsze części serii dobrze oparły się próbie czasu i wciąż dostarczają solidnej porcji rozrywki.

Tytułowe Troy jest światem, którego każdy mieszkaniec posiada jakąś magiczną moc. Jedni potrafią zmieniać wodę w lód, inni wywoływać pragnienie lub świerzb, a jeszcze inni przenosić się z miejsca na miejsce. Tytułowy Lanfeust potrafi topić metal wzrokiem, co zapewniło mi karierę w kowalstwie. Jego spokojne życie zmienia się, kiedy wchodzi w posiadanie potężnego miecza obdarzającego swojego właściciela wszystkimi magicznymi właściwościami mieszkańców Troy.

„Lanfeust z Troy” to solidna saga fantasy, w której znajdziecie to co w komiksie frankofońskim najlepsze – ciekawych bohaterów, cieszące oko rysunki, mnóstwo humoru i jeszcze więcej przygód. Choć na pierwszy rzut oka album może sprawiać wrażenie przeznaczonego dla dzieci, lepiej trzymać go od nich z daleka, bo nie brakuje w nim przemocy oraz seksualnych żartów i aluzji. Nowe wydanie ma poprawione kolory i prezentuje się lepiej niż pierwsza edycja. Warto.

DZIESIĘĆ BOLESNYCH OPERACJI (Timof Comics)
Wydane w 2007 roku w nakładzie zaledwie 200 egzemplarzy „Dziesięć bolesnych operacji” przez lata było komiksem, o którym wszyscy słyszeli, ale mało kto miał okazję go przeczytać. Na szczęście to już przeszłość. Dziesięć lat po swojej premierze legendarne dzieło scenarzysty Dominika Szcześniaka i rysownika Macieja Pałki powróciło w nowym, rozszerzonym i twardookładkowym wydaniu.

Bohaterem albumu, określanego mianem „monologu narzekania” albo „komiksowej odpowiedzi na >>Dzień świra<< Marka Koterskiego”, jest Leszek, sfrustrowany mężczyzna w średnim wieku. Ma żonę, której nienawidzi, syna, który nieustannie wyprowadza go z równowagi i całą masę problemów, fobii i frustracji uniemożliwiających mu normalne życie.

„Dziesięć bolesnych operacji” pozbawione jest tradycyjnej fabuły. To zapis kilku dni z życia bohatera wypełnionych jego narzekaniem, oskarżeniami i rozczarowaniami. Leszek nawet na chwilę nie przestaje wypluwać z siebie jadu. Ciężko go polubić, ale łatwo zrozumieć, bowiem jego spostrzeżenia na temat otaczającego świata są nad wyraz celne, a przy tym dowcipne. Przedstawione przy wykorzystaniu charakterystycznej składni (dodatkowo przywodzącej na myśl Marka Koterskiego) bawią, skłaniają do zastanowienia i znakomicie sprawdzają się w wielokrotnej lekturze.

W nowym wydaniu obok serii Szcześniaka i Pałki znalazły się również wybrane „Przygody Leszka”, krótkie historie, które przez lata ukazywały się na internetowej witrynie magazynu „Ziniol”. Jak dla mnie, pozycja obowiązkowa.