Sortownia #6: „All-Star Batman”, „Superman: Action Comics”, „Batman-Detective Comics”, „Liga Sprawiedliwości” [RECENZJA]

Postanowiłem sobie, że przeczytam pierwsze tomy wszystkich tomów serii publikowanych pod szyldem „Odrodzenia”. Po zaliczeniu ośmiu, nie jestem pewien, czy mi się to uda, bo na razie restart uniwersum DC Comics mnie rozczarowuje. W tym odcinku „Sortowni” na tapetę biorę serie poświęcone najważniejszym bohaterom uniwersum DC Comics: „All-Star Batman”, „Superman: Action Comics”, „Batman-Detective Comics” oraz „Ligę Sprawiedliwości”.

ALL-STAR BATMAN: MÓJ NAJWIĘKSZY WRÓG
Po blisko 10 latach przerwy DC Comics zdecydowało się reaktywować cykl „All-Star”, imprint pomyślany jako miejsce, gdzie twórcy mogliby tworzyć opowieści najsłynniejszych bohaterach uniwersum, ale niepowiązane z jego głównym nurtem. Na pierwszy ogień poszedł Batman, którym od strony fabularnej zajął się doskonale znany Scott Snyder.

Autor, o którym złośliwi mówią, że „dobrze zaczyna, ale źle kończy”, jest współtwórcą udanych (w dużej części) przygód Mrocznego Rycerza spod znaku „New 52”, a obecnie – również z rysownikiem Gregiem Capullo – pracuje nad robiącym sporo zamieszanina eventem „Dark Nights: Metal”. Wydawałoby się, że tak doświadczony autor, w dodatku doskonale znający postać, o której pisze, solidny komiks powinien stworzyć z palcem w nosie. Snyder postanowił więc wszystkich zaskoczyć i zrobił coś zupełnie przeciwnego.

W „Moim największym wrogu” Batman stara się pomóc swojemu dawnemu przyjacielowi Harveyowi Dentowi znanemu lepiej jako Two-Face. Ten ostatni twierdzi, że istnieje lek mogący uczynić z niego ponownie normalnego człowieka. Aby go zdobyć, trzeba jedynie przejechać 800 kilometrów i pokonać dziesiątki bezwzględnych przeciwników. Rozpoczyna się brutalny wyścig, w którym stawką jest życie.

Przyznam, że kiedy zacząłem czytać „Mojego największego wroga” byłem dobrej myśli. Pomysł wyjściowy jest fajny i sprawdzony, choćby w kinie, dziesiątki razy, często z dobrym skutkiem. Historia przedstawiona jest z dystansem, a Batman wreszcie nie jest skończonym ponurakiem i potrafi od czasu do czasu rzucić niezły żart oraz ma sporo nowych gadżetów. Niestety, ten obiecujący początek szybko zmienia się w chaotyczną, a co gorsza mocno głupawą gonitwę, w której wydarzeń jest równie dużo co logicznych dziur i naiwności.

Pierwszy tom „All-Star Batman” to nieustający ciąg walk i pojedynków, które szybko stają się po prostu nudne. Snyder mnoży przeciwników, a determinację Batmana tłumaczy wydarzeniami sprzed lat. Ale i te retrospekcje są, podobnie jak cała reszta, na tyle nieprzekonujące, że nie ratują szczątkowej intrygi komiksu.

Najważniejszym powodem dla którego warto po ten album sięgnąć są rysunki Johna Romity Jr. I choć „Mój największy wróg” nie jest najlepszym dziełem w jego karierze, to stworzone przez niego kadry potrafią zachwycić dynamiką i kompozycją.

Tomasz Kołodziejczak powiedział kiedyś, że w Polsce sprzedają się wszystkie komiksy z Batmanem na okładce. Nawet słabe. Zapewne „Mój największy wróg” również się sprzeda, choć jestem przekonany, że wielu kupujących będzie srodze rozczarowanych.

SUPERMAN – ACTION COMICS: ŚCIEŻKA ZAGŁADY
Dan Jurgens jest autorem niezłej „Drogi do Odrodzenia: Superman – Lois i Clark” opowiadającej o okolicznościach w jakich doszło do tego, że w uniwersum pojawiło się dwóch Supermanów. Liczyłem, że „Ścieżka zagłady” reprezentować będzie podobny poziom. I znowu się zawiodłem.

Po śmierci jednego z Supermanów, drugi wychodzi z ukrycia i przejmuje jego rolę. Nie podoba się to Lexowi Lutherowi, który sam ma ambicję zostać nowym Człowiekiem Ze Stali. Jak by tego było mało na scenie pojawia się… Clark Kent utrzymujący, że nie jest superbohaterem i nie ma supermocy. A potem przybywa Doomsday.

„Ścieżka zagłady” mocno mnie wymęczyła, a to dlatego, że 90% tego komiksu to walka z Doomsdayem, przeciwnikiem, z którym Superman ścierał się już wcześniej i z którego ręki nawet zginął. Tym razem pokonanie go zajmuje Człowiekowi Ze Stali ponad 100 stron wystawiając cierpliwość i wytrzymałość czytelników na ciężką próbę. Tym bardziej, że finał tego starcia może być tylko jeden.

Mam świadomość, że ten komiks może się komuś spodobać, czego dowodzą choćby opinie na internetowych forach. Przyznaję jednak, że tego nie rozumiem. Mnie „Ścieżka zagłady” zmęczyła, znudziła, a pod koniec zwyczajnie wkur…. Gdyby była możliwość czytania komiksów „na podglądzie/przewijaniu” na pewno bym z niej przy tym albumie skorzystał.

BATMAN – DETECTIVE COMICS: POWSTANIE BATMANÓW
James Tynion IV, protegowany Scotta Snydera, nie jest wybitnym scenarzystą. Zdarza mu się napisać od czasu do czasu coś lepszego, ale większość jego scenariuszy to klasyczne średniaki, w dodatku takie ze średniej półki. „Powstanie Batmanów” są takim właśnie komiksem. Niepozbawionym kilku fajnych pomysłów, ale jako całość zwyczajnie przeciętnym.

Kiedy w Gotham pojawia się tajemniczy oddział zabójców działających w sposób podobny do Batmana, Mroczny Rycerz, chcąc stawić im czoła, zostaje zmuszony do stworzenia własnej armii. U jego boku do walki ze złem stają Batwoman, Red Robin, Spoiler, Orphan oraz, tu niespodzianka, Clayface. Wkrótce Gotham staje się polem bitwy, z której nie wszyscy wyjdą żywi.

W „New 52” cykl „Detective Comics” zorientowany był na przedstawianie sensacyjnych historii, w których Batman udowadniał, że nie tylko potrafi dać w mordę i ma najfajniejsze gadżety, ale jest również najlepszym detektywem na świecie. Przy okazji „Odrodzenia” ten pomysł zarzucono, a bohaterami serii uczyniono członków tzw. „rodziny Batmana”. Jest w tym potencjał, choć „Powstanie Batmanów” zdecydowanie go nie wykorzystuje.

Pierwszy tom nowej odsłony „Detective Comics” ma dobre momenty. Spodobał mi się pomysł przedstawienia Clayface’a jako postaci pozytywnej. Doceniam fakt, że Tynion IV poświęcił sporo miejsca bohaterom pozwalając im się wygadać i pokazując co robią, kiedy nie noszą masek. Jednak można to było zrobić lepiej, a przede wszystkim oryginalniej.

„Powstanie Batmanów” mimo kilku obiecujących momentów tak naprawdę nigdy nie osiąga poziomu jaki miały pierwsze opowieści o Mrocznym Rycerzu autorstwa Scotta Snydera spod szyldu New 52. Tożsamość „czarnego charakteru” jest oczywista, jego motywy, delikatnie mówiąc, śmieszne, a intryga chaotyczna i pełna naiwności. Mimo wszystko, ten komiks daje się czytać. Akcja wartko gna do przodu, rysunki są odpowiednio efekciarskie, a finał zaskakujący. Co nie zmienia faktu, że o tym komiksie zapomina się jeszcze szybciej niż się go czyta.

LIGA SPRAWIEDLIWOŚCI: MASZYNY ZAGŁADY
Nie byłem fanem „Ligi Sprawiedliwości” za czasów „New 52”, nie będę raczej w czasach „Odrodzenia”. Chyba, że kolejne poświęcone Lidzie komiksy będą lepsze niż „Maszyny zagłady”.

Po śmierci Supermana, Liga Sprawiedliwości nadal działa walcząc o bezpieczeństwo naszej planety. Jej członkowie nie są pewni w jaki sposób mają traktować „nowego” Człowieka Ze Stali. Kiedy jednak Ziemi zaczyna grozić apokalipsa, uprzedzenia idą na bok i wspólnie z Supermanem stają do nierównej walki z pradawną siłą chcącą zniszczyć świat.

„Maszyny zagłady” to kolejna sztampowa opowieść superbohaterską, którą spośród innych wyróżnia jedynie wyjątkowo cudaczny pomysł na głównego przeciwnika. Bo na głównych bohaterów scenarzysta Bryana Hitch już specjalnych pomysłów nie miał. W związku z czym przez blisko 150 stron komiksów członkowie Ligi biegają, latają, skaczą, walczą i generalnie robią wszystko to, co powinni robić superbohaterowie, tylko mało kogo to obchodzi. Schematyczna intryga pozbawiona jest jakichkolwiek niespodzianek, w dialogach nie uświadczycie zapadających w pamięć kwestii, a finał – jak to w przypadku takich historii bywa – jest przewidywalny. Tylko dla hardkorowych fanów trykotów.

Komiksy z serii „Odrodzenie” ukazują się nakładem wydawnictwa Egmont.