Zapraszam na kolejny odcinek „Sortowni”, w którym podzielę się z Wami swoimi przemyśleniami na temat komiksów: „Nora” Agaty Kwiatkowskiej, „We wnętrzu Ziemi” Jean-Davida Morvana i Rafaela Ortiza oraz „Batman. Miasto szaleństwa” Christiana Warda.

NORA, Agata Kwiatkowska (wyd. Kultura Gniewu)
O tym albumie było już głośno, bo zdobył nagrodę dla najlepszego komiksu na pierwszej edycji Podziemnych Kocurów, festiwalu komiksu niezależnego. Teraz „Nora” doczekała się „oficjalnego” wydania i warto na nią zwrócić uwagę.

Niewielki, liczący niecałych 200 stron komiks opowiada historię aktywistek i aktywistów, którzy przez półtora roku blokowali w Bieszczadach wycinkę Puszczy Karpackiej. Na miejscu stworzyli ekologiczno-queerową wspólnotę, której członkowie dawali odpór leśnikom, ale przede wszystkim wspierali się nawzajem.

„Nora” opowiada o wydarzeniach sprzed zaledwie kilku lat. Choć autorka nigdy nie odwiedziła aktywistów w Bieszczadach, to swój komiks tworzyła w bliskiej współpracy z nimi wiernie oddając realia panujące we wspólnocie. I, muszę przyznać, jest to portret fascynujący. „Nora” utrzymana jest w duchu znakomitego filmu „Tylko razem” Lukasa Moodyssona (traktującego o mieszkańcach hipisowskiej komuny w Szwecji w połowie lat 70. ubiegłego wieku). To ciepła, niepozbawiona akcentów komediowych, ale przede wszystkim skupiona na bohaterach opowieść o przyjaźni, zaangażowaniu i aktywistycznej przygodzie. Agacie Kwiatkowskiej udało się stworzyć komiks atrakcyjny dla czytelników, a jednocześnie mówiący o ważnych sprawach.

„Nora” mogłaby być nieco dłuższa. Brakuje mi w tym komiksie informacji na temat przeszłości członków wspólnoty oraz motywów, które sprawiły, że zdecydowały się „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Również wątek opowiadający o ich losach po tym jak już opuściły „Norę” zasługuje na rozbudowanie. Z komiksu dowiadujemy się, że był to trudny czas, jedna z bohaterek wspomina, że po wielomiesięcznym pobycie w górach ciężko było im się odnaleźć w „normalnym” świecie, ale Kwiatkowska nie rozwija tego w wystarczający sposób. A szkoda, bo z bohaterami komiksu zżyłem się tak bardzo, że chciałbym im towarzyszyć również w dalszych wyzwaniach.

Debiutancki komiks Agaty Kwiatkowskiej to jeden z najciekawszych tegorocznych debiutów. Empatyczny, świetnie narysowany i w przystępny sposób opowiadających o rzeczach ważnych. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, koniecznie dodajcie „Norę” do swojej listy życzeń.

WE WNĘTRZU ZIEMI, Jean-David Morvan i Rafael Ortiz (wyd. Story House Egmont)
Po ten album sięgnąłem dlatego, że bardzo przypadł mi do gustu „Tarzan. Człowiek małpa”, pierwsza z wydawanych przez Egmont komiksowych adaptacji twórczości Edgara Rice’a Burroughsa. Niestety, ten tytuł nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań.

Komiks powstał na podstawie wydanej w 1914 roku powieści wydanej w Polsce pod tytułem „W jądrze Ziemi”, który dał początek liczącemu 7 tomów cyklowi „Pellucidar”. Album opowiada historię dwóch Amerykanów, genialnego naukowca Abnera i młodego awanturnika Davida, którzy na pokładzie maszyny pozwalającej podróżować pod ziemią docierają do ukrytego we wnętrzu naszej planety nieznanego świata. Tam, w rzeczywistości zamieszkałej przez olbrzymie zwierzęta, prymitywne humanoidy i potwory żywiące się ludzkim mięsem, przeżywają szereg przygód walcząc o szansę na powrót do domu.

Edgar Rice Burroughs był jednym z najpopularniejszych i najpoczytniejszych pisarzy swoich czasów, ale, nie ukrywajmy tego, nie był pisarzem najlepszym. I przede wszystkim dlatego „We wnętrzu Ziemi” scenariuszowo pozostawia wiele do życzenia. Owszem, komiks obfituje w wydarzenia, ale konstrukcyjnie jest to rzecz złożona ze schematów i mająca poważne problemy z logiką. Ponad sto lat temu, to działało. Świadom swoich literackich braków Burroughs zamiast rozwijać psychologię bohaterów stawiał na dynamiczną akcją skupiając uwagę czytelników na ilości i różnorodności wydarzeń. Dziś jednak, ten sposób pisania a i same książki Burroughsa zwyczajnie trącą myszką. A opisywany komiks pozwala to boleśnie odczuć.

Największym atutem wspomnianego wcześniej „Tarzana. Człowieka małpy” były rysunki Roya Allana Martineza. Realistyczne i bogate w szczegóły zachwycały fantastycznym operowaniem światłem i cieniem. Jednak „We wnętrzu Ziemi” również od strony graficznej jest komiksem słabszym. Rysunki Rafaela Ortiza są dynamiczne, ale na tle licznych innych komiksów frankofońskich nie wyróżniają się niczym szczególnym.

Podsumowując, „We wnętrzu Ziemi” można sobie spokojnie odpuścić, albo poczekać aż egzemplarz pojawi się w Waszej bibliotece.

BATMAN. MIASTO SZALEŃSTWA, Christin Ward (wyd. Story House Egmont)
Kiedy 8 lat temu wydawnictwo DC Comics startowało z imprintem DC Black Label wydawało mi się, że odkryli przepis na pewny sukces. Najlepsi twórcy otrzymali możliwość stworzenia historii z najpopularniejszymi superbohaterami bez konieczności trzymania się tzw. kanonu. Niestety, coś poszło nie tak, bo choć pod szyldem DC Black Label ukazują się tytuły znakomite, to dzieje się to zdecydowanie za rzadko. „Batman. Miasto szaleństwa” tylko to potwierdza.

Sam pomysł wyjściowy nawet nie jest zły. Oto Batman dowiaduje się, że pod Gotham kryje się Dolne Gotham, mroczne odbicie jego ukochanego miasta. Dolne Gotham ma swoich złoczyńców, ale i swojego obrońcę, który jednak w niczym nie przypomina Bruce’a Wayne’a. Kiedy ta spaczona wersja Batmana trafia do Górnego Gotham, całe miasto może pogrążyć się w szaleństwie. Aby go powstrzymać, Mroczny Rycerz zostaje zmuszony do niełatwego sojuszu z Trybunałem Sów.

W posłowiu Christian Ward wyjaśnia, że „Miasto szaleństwa” jest efektem jego fascynacji „Azylem Arkham”. Komiks Granta Morrisona i Dave’a McKeana brytyjski autor postrzega wręcz jako dzieło formacyjne, po którego lekturze w młodości nabrał pewności, że w dorosłym życiu chce zawodowo rysować komiksy. I to zauroczenie „Azylem Arkham” przebija z plansz „Miasta szaleństwa”, ale, niestety, nie przekłada się na jakość.

Komiks Christiana Warda to kolejne superbohaterskie łubu dubu, dla niepoznaki przyozdobione tu i ówdzie: rozbudowaniem postaci Two-Face’a, cudacznymi listami pisanymi przez Alfreda do Bruce’a Wayne;a (choć komiks nigdy nie wyjaśnia dlaczego lokaj to robi), kuriozalnymi występami Arnolda Weskera, który dla całej historii jest zwyczajnie niepotrzebny oraz odmienianym przez wszystkie przypadki słowem „trauma”.

Ciężko się w tym scenariuszowym galimatiasie odnaleźć, a co za tym idzie, z każdym kolejnym zeszytem (cała historia zamyka się w trzech) coraz mniej was ta historia obchodzi. A jak odrzecie tę opowieść ze wszystkich dodatków, o których wspomniałem wcześniej, to zostanie Wam tylko chaotyczna ganianka po planszach i wymiana ciosów.

Od strony wizualnej komiks może się spodobać, choć Ward wyraźnie inspiruje się dokonaniami Dave’a McKeana. Niestety, te klimatyczne plansze nie sprzyjają zrozumieniu mętnej fabuły pogłębiając jedynie zagubienie czytelników. Nie polecam.

Zostaw odpowiedź