W 24 już odcinku „Sortowni” przygotowałem dla Was cztery komiksy: „Doktor Bezwartościowy” Harolda Schechtera i Erica Powella, antologię „Supergirl. Świat”, wysoko ocenianą „Helen z Wyndhorn” oraz historyczno-sensacyjną powieść graficzną „Trzecia kamera”.

DOKTOR BEZWARTOŚCIOWY (wyd. KBOOM)
Zaczynamy od najciekawszego tytułu w tym zestawieniu. Po udanym „Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein?” Harold Schechter i Eric Powell stworzyli kolejną biografię. Jej bohaterem jest czarny charakter historii komiksu, doktor Frederic Wertham, człowiek, którego krucjata przeciwko historiom obrazkowym doprowadziła do ustanowienia w 1954 roku niesławnego Comics Code Authority.

„Doktor Bezwartościowy” to opowieść o trudnym i skomplikowanym człowieku, który, co by o nim nie mówić, wierzył w to, co robi. Scheter i Powell pokazują Werthama jako osobę niejednoznaczną. To nie jest komiksowy arcyzłoczyńca, ale człowiek autentycznie zaangażowany – w swoją pracę, działalność społeczną, a także w chęć uczynienia świata lepszym. Jak jednak wiemy, dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło, także i efekty działań Werthama nie zawsze przynosiły pożądane skutki.

Scheter i Powell zrobili wiele, by pokazać złożoność bohatera swojego komiksu. Niestety, temat ich zwyczajnie przerósł. „Pisanie jest sztuką skracania” mawiał Antoni Czechow, a Harold Schechter powinien sobie ten cytat oprawić w ramki i powiesić nad biurkiem. „Doktor Bezwartościowy” jest komiksem bardzo bogatym w informacje, ale też nie wszystkie z nich są istotne dla fabuły. W albumie nie brakuje wątków czy historii pacjentów Werthama, które pojawiają się i znikają nie doczekując się rozwiązania, albo też są powtórzeniem innych, podobnych fragmentów. Ich celem było pokazanie z jednej strony wielowymiarowości postaci doktora, który swoją działalnością niejednokrotnie wyprzedzał swoje czasy, z drugiej, przedstawienie czytelnikom, że kontrowersyjne poglądy bohatera nie wzięły się znikąd. Rzecz w tym, że można to było zrobić lepiej. O ile „Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein?” był tradycyjnym komiksem, o tyle „Doktor Bezwartościowy” jest ilustrowaną biografią, w której fantastyczne rysunki Powella są podporządkowane dużym ilościom tekstu, co bywa przytłaczające.

Mimo tych niedociągnięć, „Doktor Bezwartościowy” pozostaje interesującym wydawnictwem. Może nie fascynującym, ale intrygującym i świetnie udokumentowanym, choć, czego nie da się ukryć, miejscami nużącym. Najciekawsza w tym komiksie jest dla mnie przemiana jaka dokonuje się pod koniec życia Werthama, który z przeciwnika opowieści obrazkowych stał się wielkim fanem komiksowych fanzinów. Dlaczego i jak do tego doszło? Na to pytanie, niestety, „Doktor Bezwartościowy” nie odpowiada.

SUPERGIRL. ŚWIAT (wyd. Story House Egmont)
Po antologiach poświęconych Batmanowi i Supermanowi również i Supergirl doczekała się zbioru komiksowych opowieści stworzonych przez twórców z kilkunastu krajów, w tym z Polski. Niestety, ze wszystkich albumów z cyklu „Świat”, ten ostatni jest dziełem najsłabszym.

Praca nad licencjonowanymi postaciami jest trudna, bo twórcy muszą spełnić szereg ograniczeń wydawcy i rzadko mogą pozwolić sobie na pełną swobodę twórczą. I zapewne to jest powodem tego, że choć na liście autorów odpowiedzialnych za „Supergirl: Świat” nie brakuje komiksowych gwiazd, to żadna z zawartych w albumie historii nie powala na kolana.

„Supergirl: Świat” to zbiór większości przeciętnych, miejscami też, niestety, bezcelowych opowiadań, o których zapomnicie zaraz po przeczytaniu komiksu. Najlepsza jest, moim zdaniem, historia z Włoch, której twórcy podjęli temat osobistego kryzysu superbohaterki. Do gustu przypadło mi również opowiadanie z Francji, które może jest i banalne, ale przynajmniej dowcipne. A jak na tym tle wypada polski rozdział? Solidnie, choć też bez szału. Anna Krztoń ciekawie połączyła postać superbohaterki ze śląską kulturą, a Kasia Nie całość bardzo dobrze zilustrowała, ale nie jest to historia, która czymś Was zaskoczy albo zapadnie na dłużej w pamięć.

Najnowszy tom antologii „Świat” to komiksowy przeciętniak. Pięknie wydany, niekiedy potrafiący zachwycić rysunkami, ale scenariuszowo, poza drobnymi wyjątkami, raczej słaby. Możecie go sobie odpuścić bez żalu.

HELEN Z WYNDHORN (wyd. Story House Egmont)
Po tym komiksie obiecywałem sobie bardzo wiele. Po pierwsze dlatego, że bardzo lubię i szanuję twórczość Toma Kinga (choć niebezkrytycznie) oraz Bilquis Evely. Po drugie, miniseria zdobyła Nagrodę Eisnera za najlepsze rysunki oraz sześć nominacji do tej nagrody. Po trzecie, jest to jeden z najwyżej ocenianych komiksów amerykańskich roku 2024. Oczekiwania miałem więc spore. I pewnie dlatego, album pozostawił mnie z uczuciem lekkiego niedosytu.

Komiks opowiada historię młodej dziewczyny Helen Cole, która po śmierci ojca, autora pulpowych powieści i twórcy postaci wojownika Othana, przeprowadza się do posiadłości swojego dziadka. Tam odkrywa, że świat, o którym pisał jej ojciec, istnieje naprawdę.

„Helen z Wyndhorn” to intrygujące połączenie dramatu obyczajowego z heroicznym fantasy. Opowieść pełna przygód, ale i osobistych rozterek oraz rodzinnych konfliktów wzbogacona o elementy charakterystyczne dla bildungsroman. Tom King sprawnie łączy w swoim scenariuszu odległe światy tworząc historię intrygującą i poruszającą. Niestety, jest to też opowieść bardzo nierówna. Scenariusz ma problemy z utrzymaniem tempa, a część przedstawionych w nim wątków nie doczekała się satysfakcjonującego rozwiązania (szczególnie finał sprawia wrażenie przedstawionego „na skróty”).

Komiks jest natomiast bezbłędny od strony graficznej. Kreska Bilquis Evely w połączeniu z kolorami Matheusa Lopesa robią piorunujące wrażenie. Wizualnie „Helen z Wyndhorn” jest dziełem wybitnym, zachwycającym szczegółowymi rysunkami, znakomitymi projektami postaci oraz kompozycją plansz. Aż szkoda, że wydawca nie zdecydował się opublikować tego komiksu w powiększonym formacie, bo to jeden z najładniejszych albumów jakie miałem przyjemność przeczytać.

TRZECIA KAMERA (wyd. Story House Egmont)
Solidny dreszczowiec historyczny, który przenosi czytelników do zrujnowanego, okupowanego Berlina z 1945 roku, gdzie cywile cierpią, amerykański kontrwywiad szuka dowodów na zbliżające się procesy norymberskie, a Werwolf rozpaczliwie walczy o przetrwanie III Rzeszy. W takich okolicznościach w ręce Amerykanów wpada człowiek twierdzący, że w czasie wojny był jedynie zwykłym, niemieckim reporterem wojennym. Wiele jednak wskazuje na to, że kłamie.

„Trzecia kamera” to dobrze udokumentowany dreszczowiec osadzony w intrygującej scenografii pierwszych dni po upadku III Rzeszy. Tytułowa „trzecia kamera” to dodatkowy aparat fotograficzny, który – oprócz obowiązkowych dwóch – przeważnie mieli przy sobie niemieccy reporterzy, by nim uwieczniać wydarzenia, o których wiedzieli, że nazistowska cenzura je odrzuci.

Intryga komiksu toczy się wokół poszukiwań takiego właśnie aparatu. Konstrukcja scenariusza została zainspirowana klasycznym westernem „Winchester ‘73”, w którym fabuła rozwijała się wraz z przechodzeniem z rąk do rąk kolejnych bohaterów tytułowego karabinu. Niestety, „Trzecia kamera” nie jest tak sprawnie opowiedziana jak fabuła filmu Anthony’ego Manna. Scenariusz komiksu jest miejscami zagmatwany, a duża liczba bohaterów dodatkowo powoduje, że są w nim fragmenty, w których ciężko się czytelnikowi odnaleźć. Co więcej, intryga związana z tytułową trzecią kamerą często schodzi na dalszy plan ustępując miejsca informacjom historycznym.

Graficznie też jest solidnie. Denisowi Dodierowi udało się znakomicie oddać mroczny klimat zrujnowanego Berlina – miejsca, w którym głód, niebezpieczeństwo i rozpacz są na porządku dziennym. I choć „Trzecia kamera” nie jest tak dobra wizualnie jak jego wcześniejsza „Bomba”, to jako całość daje radę.

„Trzecia kamera” nie jest arcydziełem, ale nie jest też komiksem złym. To solidna, zarówno scenariuszowo jak i graficznie, produkcja łącząca wiedzę historyczną z trzymającym w napięciu dreszczowcem. Jak gdzieś traficie ten tytuł w dobrej promocji, albo na półce w bibliotece, warto dać mu szansę.

Zostaw odpowiedź