Sortownia #14: Człowiek, który zabił Lucky Luke’a, Jupiter’s Legacy, Iron Fist, Monstressa, Bomb Road

Po dłuższej przerwie powracam do „Sortowni”. W kolejnym odcinku krótko i konkretnie piszę o komiksach: „Człowiek, który zabił Lucky Luke’a”, drugim tomie „Jupiter’s Legacy”, trzecim tomie serii „Iron Fist” zatytułowanym „Historia Żelaznej Pięści”, trzecim tomie „Monstressy” noszącym tytuł „Przystań” najnowszym lotniczym albumie w ofercie Scream Comics pod tytułem „Bomb Road”.

.

CZŁOWIEK, KTÓRY ZABIŁ LUCKY LUKE’A

Postać Lucky Luke’a liczy sobie już ponad 70 lat, ale kowboj strzelający szybciej od własnego cienia nie planuje wybierać się na zasłużoną emeryturę. Choć Morris, twórca bohatera, zmarł 17 lat temu, jego najsłynniejsze dziecko za sprawą nowych autorów wciąż przeżywa kolejne przygody. Również adresowane do starszych czytelników, czego przykładem jest nagrodzony w 2017 roku na festiwalu komiksu w Angoulême album „Człowiek, który zabił Lucky Luke’a” autorstwa Matthieu Bonhomme’a.

Akcja komiksu rozpoczyna się wraz z przybyciem Luke’a do miasteczka Froggy Town, którego mieszkańcy żyją napadem na bank, do jakiego doszło kilka dni wcześniej. Miejscowy szeryf niespecjalnie jest zainteresowany złapaniem jego sprawcy, dlatego obywatele proszą o pomoc Lucky Luke’a. Ten zgadza się czym nieświadomie wypowiada wojnę gangowi nieformalnie sprawującemu władzę w miasteczku. Wojnę, w którym jedynym jego sprzymierzeńcem jest chory na gruźlicę karciarz i rewolwerowiec Joshua „Doc” Wednesday.

„Człowiek, który zabił Lucky Luke’a” przedstawiany jest przez wydawcę jako „Lucky Luke dla dorosłych”, co jest zapowiedzią na wyrost. Czytelnicy oczekujący po dziele Bonhomme’a radykalnej i bezkompromisowej dekonstrukcji popularnego bohatera mogą być komiksem rozczarowane. „Człowiek, który zabił Lucky Luke’a” to opowieść duchowo bliska albumom autorstwa Goscinny’ego i Morrisa, tylko bardziej realistyczna. Tutaj kule naprawdę zabijają, kobiety są naprawdę upadłe (choć bez przesady i wciąż mają złote serca), a brak tytoniu autentycznie daje się we znaki (to chyba najlepszy żart, jaki udał się w tym tomie autorowi). Scenariuszowo jest nieźle, ale bez przesady. Dużo lepiej komiks prezentuje się od strony graficznej. Bonhomme stawia na realistyczną kreskę, ale również bliską duchowi oryginału. Fani Luke’a na pewno będą się przy tym komiksie dobrze bawić, ale trzeba dodać, że ten album powstał specjalnie z myślą o nich. Osoby żywiące wobec postaci chłodną obojętność, nie mają tu czego szukać.

JUPITER’S LEGACY, TOM 2

Rok temu, przy okazji jego premiery, mocno chwaliłem pierwszy tom „Jupiter’s Legacy: Dziedzictwo Jowisza”, jednego z najlepszych komiksów w dorobku Marka Millara. Utyskiwałem wtedy, że ta 10-odcinkowa seria nie ukazała się w jednym tomie, co znacznie podniosłoby komfort płynący z jej czytania. O ile bowiem pierwszy tom był trzymającą w napięciu opowieścią o rodzinnym konflikcie, tom drugi jest już „tylko” superbohaterską nawalanką. Niezłą, ale czytany samodzielnie, nie robi już takiego wrażenia, jak gdybyśmy tę historię poznawali jednym ciągiem. Dlatego też zachęcam wszystkich, żeby przed przeczytaniem drugiego tomu „Jupiter’s Legacy” najpierw odświeżyli sobie pierwszy. Wtedy tę opowieść o tym jak dobre intencje doprowadzają do tragedii, przeżyją najpełniej.

Oczywiście, to wciąż komiks Marka Millara, zatem nie brakuje w nim fabularnych uproszczeń i naiwności (w finale scenarzysta wręcz powtarza pomysł, który rok wcześniej zaprezentował czytelnikom w „Supercrooks”). Jednak historia poprowadzona jest na tyle dobrze, że większość z czytelników nie zwróci na te niedociągnięcia uwagi. Również dlatego, że z opadniętą szczęką będą podziwiać rysunki Franka Quitely’ego, który w „Jupiter’s Legacy” daje prawdziwy popis swojego talentu. Jak dla mnie, ta miniseria to pozycja obowiązkowa.

« 1 z 2 »

NIEŚMIERTELNY IRON FIST: HISTORIA ŻELAZNEJ PIĘŚCI

Swego czasu pisałem o „Nieśmiertelnym Iron Fiście”, że to jedna z najlepszych serii przygodowych wydawanych obecnie na naszym rynku. Jej trzeci tom jest nieco słabszy niż poprzednie, ale wciąż dostarcza solidnej porcji rozrywki.

Iron Fist kojarzy się nam w zdecydowanej większości z postacią Danny’ego Randa. Ten jednak jest już 66 osobą noszącą ten tytuł. Tom „Historia Żelaznej Pięści” przybliża losy kilku z nich. Wu Ao-Shi – młodej dziewczynie, która z powodu miłości próbowała porzucić rolę Iron Fista, Bei Bang-Wenowi – wojownikowi posługującemu się energią chi w zupełnie inny sposób niż jego poprzednicy i następcy oraz Orsonowi Randall – Amerykaninowi pełniącemu funkcję Iron Fista przed Wendellem Randem (ojcem Danny’ego). Tom zamyka opowieść o superbohaterskich „narodzinach” Danny’ego Randa.

Ta mieszanina tematów i postaci czyni z „Historii Żelaznej Pięści” pozycję przeznaczoną przede wszystkim dla fanów postaci Iron Fista, bo to oni najpełniej docenią historie rozbudowujące uniwersum superbohatera. Ci którzy osobę Danny’ego Randa znają tylko z netflixowego serialu, mogą być komiksem nieco rozczarowani, gdyż połowa tomu poświęcona jest bohaterom, których w ogóle nie znają.

Za stronę graficzną wszystkich odcinków odpowiedzialnych jest w sumie 15 rysowników. „Historia Żelaznej Pięści” nieustannie zaskakuje czytelników zmieniającymi się stylami i kolorystyką, wśród których nie brakuje plansz otwarcie nawiązujących do komiksów czasów tzw. „złotej ery”.

« 2 z 2 »

MONSTRESSA: PRZYSTAŃ

Ten rok scenarzystka Marjorie M. Liu i rysowniczka Sana Takeda mogą zaliczyć do udanych. Ich wspólne dzieło „Monstressa” zdobyło trzy Nagrody Eisnera i Nagrodę Harveya dla najlepszego komiksu roku. Choćby z tego powodu przy okazji premiery trzeciego tomu cyklu znajdzie się zapewne sporo osób, które, zachęcone tymi wyróżnieniami, zdecydują się rozpocząć swoją przygodę z tą serią. Debiutantów uczulam, że komiks Liu i Takedy w pierwszej kolejności pokochają fani gier jRPG spod znaku „Final Fantasy” (i podobnych). Pozostali mogą być zaskoczeniu, bo świat stworzony przez artystki jest fascynujący, ale nie zawsze łatwy w zrozumieniu.

„Monstressa” przenosi czytelników do fantastycznego świata, w którym magia miesza się z technologią. Zamieszkują go dwa rodzaje istot – władający magią Arkanijczycy oraz ludzie, którymi rządzi potężny kobiecy zakon Cumaea. Przez jakiś czas obie nacje żyły obok siebie, ale przed laty doszło pomiędzy nimi do krwawej wojny. Jej skutki odczuwalne są do dziś. Główna bohaterka serii, Maika Półwilk, jest pozbawioną ręki nastolatką, której ciało zamieszkuje potężny demon. Dziewczyna poszukuje informacji na temat swojej matki, która zginęła w tajemniczych okolicznościach, a jej śledztwo czyni z niej jedną z najbardziej poszukiwanych istot w magicznym świecie.

W tomie trzecim zatytułowanym „Przystań” główna bohaterka i jej towarzysze docierają do Pontusu, miasta, w którym Arkanijczycy oraz ludzie żyją zgodnie, a od problemów reszty świata odcina ich potężna tarcza zbudowana przez mityczną Królową-Szamankę. Jednak osłona przestaje działać, a jej ponownego uruchomienia podjąć się może jedynie potomkini legendarnej władczyni – Maika Półwilk. Zadanie nie jest ani proste ani bezpieczne, ale demon, którym dziewczyna jest połączona, deklaruje pomoc.

„Przystań” jest najmniej skomplikowanym fabularnie tomem „Monstressy”. Dworskie intrygi, spiski i polityka, którymi wypełnione były poprzednie części, tym razem ustępują miejsca czystej akcji. Dodatkowo, nieco lepiej poznajemy przeszłość demonicznego towarzysza Maiki, co z kolei sprawia, że sama intryga staje się bardziej klarowna. Bo choć „Monstressa” jest dziełem rozrywkowym, to jej autorki nie ułatwiają czytelnikom zadania wplatając do swojej opowieści taką liczbę wątków i postaci, że niekiedy trudno się w nich odnaleźć. Po lekturze „Przystani” świat Maiki Półwilka staje się nieco bardziej przystępny, co – mam nadzieję sprawi, że serią zainteresuje się jeszcze więcej osób. Rysunki Takedy są, jak zawsze, obłędne.

BOMB ROAD

Mam dużą słabość do komiksów o samolotach. Z przyjemnością przeczytałem, a z jeszcze większą obejrzałem „Angel Wings” i „Księcia Nocy” Yanna i Romaina Hugaulta i podobnych doznań oczekiwałem bo „Bomb Road” Michela Koeniguera. Niestety, rozczarowałem się.

„Bomb Road” przenosi czytelników do czasów wojny wietnamskiej i opowiada o przygodach pułkownika lotnictwa Bradleya Townsenda od pierwszych misji w Da Nang w roku 1967, przez Chu Laï w roku 1969, aż po służbę na lotniskowcu „Kitty Hawk” w Zatoce Tonkińskiej w 1972 roku.

Mam świadomość, że „komiksy o samolotach” to praktycznie odrębny gatunek, w którym scenariusz jest jedynie pretekstem do rysowania zapierających dech w piersiach pojedynków powietrznych oraz szkicowania kolejnych lotniczych maszyn ze szczegółami godnymi modelarza-encyklopedysty. Yannowi udawało się jednak pogodzić oba te światy, tworząc opowieści widowiskowe, ale i ciekawe (szczególnie w przypadku „Księcia Nocy”).

Michel Koeniguer jest, niestety, znacznie lepszym rysownikiem niż scenarzystą i chyba bardziej kocha samoloty niż ludzi, bo od pierwszych kadrów nie mamy wątpliwości, że to maszyny są głównymi bohaterami tego komiksu. Ludzcy bohaterowie bywają tutaj wręcz brzydcy, podczas gdy samoloty zachwycają precyzyjną kreską i chorobliwym przywiązaniem do detali. Z kolei fabuła jest prosta jak budowa cepa i składa się praktycznie z samych kalek. W przeciwieństwie do „Angel Wings” oraz „Księcia Nocy”, „Bomb Road” ma szansę przekonać do siebie już tylko entuzjastów awiacji, militariów i modelarstwa. To zdecydowanie najsłabszy z „lotniczych” komiksów wydanych prze Scream Comics.