Sortownia #13: Kenia, Rapp, Catwoman – Pod presją, Ultimate Spider-Man

Trzynasty odcinek „Sortowni” poświęcony jest nowościom wydawnictwa Egmont, które swoje premiery miały podczas tegorocznego festiwalu Komiksowa Warszawa. Doceniam „Kenię” Leo i Rodolphe’a, chwalę „Rapp” Jeffa Smitha, miażdżę „Catwoman. Pod presją” i z nostalgią polecam „Ultimate Spider-Man”.

„KENIA”
Dzięki komiksowej serii o przygodach Kim Keller brazylijski rysownik i scenarzysta Luiz Eduardo de Oliveira, znany bardziej jako Leo, doczekał się w naszym kraju sporego grona fanów. I to właśnie oni najbardziej ucieszą się z premiery zbiorczego wydania cyklu „Kenia”, który nie dość, że utrzymany jest w podobnym klimacie co „Aldebaran”, „Betelgeza” i „Antares”, to w przeciwieństwie do wymienionych został wydany w dużym, albumowym formacie.

Składająca się z 5 części „Kenia” przenosi czytelników do Afryki z 1947 roku, gdzie w tajemniczych okolicznościach znikają członkowie wyprawy dowodzonej przez doświadczonego podróżnika Johna Remingtona. Ich losy postanawiają wyjaśnić młoda nauczycielka angielskiego Katherine Austin oraz dwaj zabiegający o jej względy mężczyźni. W miarę jak posuwają się w głąb Afryki odkrywają na Czarnym Lądzie nieznane nikomu zwierzęta oraz ślady wskazujące na obecność obcej cywilizacji. Niespodziewanie młoda kobieta zostaje wciągnięta w intrygę, której korzenie sięgają gwiazd, a w którą zaangażowane są agencje wywiadowcze z obu stron żelaznej kurtyny.

„Kenia” jest wspólnym dziełem Leo i francuskiego scenarzysty Rodolphe’a D. Jacquette’a, duetu, który wcześniej przez 10 lat tworzył kryminalną serię „Trent” rozgrywającą się w XIX-wiecznej Kanadzie. „Kenia” powstała z chęci zrobienia czegoś skrajnie odmiennego, ale jest też dziełem wyrastającym z fascynacji obojga autorów klasycznymi hollywoodzkimi filmami oraz popularnymi powieściami fantastycznymi. W przygodach Katherine Austin pobrzmiewają echa twórczości Arthura Conan Doyle’a („Świat zaginiony”), Ernesta Hemingwaya (powieść „Śniegi Kilimandżaro”) czy Henry’ego Ridera Haggarda (twórcy cyklu o przygodach Allana Quatermaina), a w komiksowych kadrach pojawiają się wyraźne nawiązania do postaci Clarka Gable’a, Iana Fleminga – twórcy postaci Jamesa Bonda, a nawet do frankofońskiej serii „Przygody Blake’a i Mortimera” autorstwa Edgara P. Jacobsa.

Fabularnie „Kenia” do pewnego stopnia przypomina cykl o Kim Keller. W obu seriach pierwszoplanową bohaterką jest kobieta stawiająca czoła nieznanej jej do tej pory rzeczywistości „Aldebaran” i jego kontynuacje są scenariuszowo i psychologicznie lepsze, choć „Kenia” opowiedziana jest z dużo większą dawką humoru. Nie jest to arcydzieło, ale solidna przygodowa opowieść, która nie rozczaruje fanów wcześniejszych dzieło Leo. Ci ostatni docenią też format w jakim album został wydany. Do tej pory, nie licząc dwóch tomów „Aldebarana” opublikowanych w 2002 roku przez Siedmioróg, rysunkowa twórczość Leo znana była polskim czytelnikom z pomniejszonych edycji. Tym razem Egmont stanął na wysokości zadania. „Kenia” została wydana w klasycznym, albumowym formacie i do tego w twardej oprawie.

„RAPP”
Po znakomitym „Gnacie” Egmont opublikował drugie sztandarowe dzieło Jeffa Smitha „Rapp”, które – podobnie jak „Gnat” – zostało oryginalnie stworzone w czerni i bieli oraz wydane samodzielnie przez autora. Na tym jednak podobieństwa pomiędzy oboma tytułami się kończą. „Gnat” jest monumentalną sagą fantasy czerpiącą inspiracje z „Władcy Pierścieni” i twórczości Walta Disneya, którą z powodzeniem można polecić młodszym czytelnikom. „Rapp” jest zaś dziełem skrajnie odmiennym. Mroczną i brutalną opowieścią, w której kryminał miesza się z melodramatem, a autentyczne wydarzenia z rasowym sci-fi.

Tytułowego bohatera poznajemy kiedy kradnie obraz Picassa. Wkrótce okazuje się, że kradnie go… w innym wymiarze i w dodatku robi to nie po raz pierwszy. Perfekcyjny plan psuje pojawienie się bezwzględnego zabójcy o jaszczurzej twarzy, który podąża tropem złodzieja. Rappowi udaje się uciec, ale nie na długo. Kiedy jego świat znajdzie się w niebezpieczeństwie, mężczyzna będzie musiał stawić czoła własnej przeszłości oraz potężnym agencjom rządowym gotowym na wszystko, by wejść w posiadanie technologii opracowanej przez Rappa.

„Rapp” to blisko 500 stron trzymającego w napięciu komiksu, w którym przygoda łączy się z nauką. Dzieło Jeffa Smitha w równym stopniu wyrasta z fascynacji czarnym kryminałem, co pracami teoretyków fizyki Stephena Hawkinga czy Briana Greene’a. Jednak najważniejszym bohaterem komiksu jest Nikola Tesla, genialny wynalazca i inżynier, twórca silnika elektrycznego, radia i baterii słonecznej. Choć dzięki swojej pracy doszedł do wielkiego majątku, zmarł w zapomnieniu powszechnie uznawany za dziwaka. Dziś jest gwiazdą popkultury pojawiającą się w książkach, filmach i grach wideo, a jego nazwiskiem Elon Musk nazwał swoją firmę produkującą elektryczne samochody.

Scenariusz Jeffa Smitha sprawnie łączy fascynującą historię Tesli z naukowymi „miejskimi legendami” w stylu rzekomego Eksperymentu Filadelfia oraz sensacyjną intrygą. Fabularnie „Rapp” nie jest specjalnie zaskakujący (finałowa niespodzianka jest przewidywalna), ale jest bardzo sprawnie opowiedziany i sugestywnie narysowany. Choć opinie o komiksie są skrajne, polecam dać mu szansę. Po polsku komiks został wydany w wersji pokolorowanej, która, moim zdaniem, prezentuje się lepiej niż czarno-biały oryginał.

„CATWOMAN. POD PRESJĄ”
„Catwoman. Na tropie Catwoman”, czyli pierwszy tom zbiorczego wydania przygód Catwoman napisanych przez Eda Brubakera, był znakomity. Nie tylko scenariuszowo (wiadomo, Brubaker), ale również graficznie, bo za rysunki odpowiedzialny był nieodżałowany Darwyn Cooke. Tom drugi noszący podtytuł „Nie ma lekko” był nieco słabszy, ale jeszcze dawał radę. Jednak już wydana właśnie część trzecia zatytułowana „Pod presją” rozczarowuje po całości.

Większość albumu poświęcona jest opowieści o starciu Catwoman z Zeissem, brutalnym zabójcą, którego pokonanie było wyzwaniem dla samego Batmana. W kolejnych historiach Selina Kyle trafia w ręce starożytnego egipskiego kultu, umawia się na randkę z Brucem Waynem, walczy z mafią oraz zostaje mimowolnie wciągnięta w wielką wojnę gangów, która wybucha po tym jak Batman wpada na pomysł, by podszyć się pod kryminalnego bossa i w ten sposób przejąć władzę nad kryminalnym światkiem Gotham.

Najbardziej rozbudowana opowieść z „Pod presją” jest jednocześnie najbardziej sztampową. Pojedynek pomiędzy Catwoman i Zeissem to typowa, efekciarska superbohaterowszczyzna nastawiona nie na bohatera, ale na dynamiczną akcję. Na pewno szybko bym o niej zapomniał, gdyby nie rysunki Paula Gulacy’ego, które mną zwyczajnie wstrząsnęły. Pal licho kiczowatą kreskę, ale to co Gulacy wyczynia w komiksowych kadrach woła o pomstę do nieba. Artysta jest elastyczny jeśli chodzi o rysy twarzy rysowanych przez siebie postaci, płynnie zmieniając je nawet w sąsiadujących ze sobą obrazkach. Ponadto „bawi się” proporcjami i nagina reguły anatomii wprowadzając elementy komediowe w miejscach, w których scenariusz na pewno ich nie przewidywał.

Tak naprawdę, jedyną historią z „Pod presją” zasługującą na uwagę jest krótkie opowiadanie „Wystarczy jedna noc” narysowane przez Seana Phillipsa i opowiadające o romantycznej randce Seliny Kyle i Bruce’a Wayne’a. Pomysłowe, opatrzone efektowną puentą i świetnie zilustrowane przez Phillipsa nie rozczaruje żadnego fana wspólnych dokonać autorów „Fatale” czy „Zabij lub zgiń”.

Aha, i nie przejmujcie się jeśli nic nie zrozumiecie z zamykających album „Gier wojennych”. Wydarzenia w nich przedstawione nawiązują do eventu, którym uniwersum DC żyło w latach 2004-2005, ale z „Pod presją” się tego nie dowiecie. Generalnie, szkoda czasu.

ULTIMATE SPIDER-MAN, tom 1
Pierwszy tom zbiorczego wydania serii „Ultimate Spider-Man” będącej restartem przygód Petera Parkera adresowanym do nowego pokolenia czytelników. Tego zadania podjęli się w 2000 roku scenarzysta Brian Michael Bendis i rysownik Mark Bagley, którzy dzięki „Ultimate Spider-Man” stali się jednym z najpopularniejszych twórczych duetów Marvela. Panowie wspólnie stworzyli 110 numerów serii, w których nie tylko opowiedzieli na nowo historię narodzin superbohatera, ale wprowadzili do komiksowego uniwersum wiele własnych pomysłów.

„Ultimate Spider-Man” łączy w sobie obyczajową historię o wchodzeniu w dorosłość z klasyczną superbohaterską nawalanką, a jej autorzy równie mocno na obu aspektach życia Petera Parkera – zamaskowanego superbohatera oraz nastolatka borykającego się z problemami wieku dorastania.

Przyznam, że trochę się tego komiksu bałem. Kilka pierwszych zeszytów serii czytałem na początku wieku, kiedy ukazywały się nakładem wydawnictwa Fun Media. To było jednak kilkanaście lat temu, a ja byłem znacznie młodszy i mniej „doświadczony” przez komiksy superbohaterskie. Wtedy „Ultimate Spider-Man” bardzo mi się spodobał i podejrzewałem, że dziś nie zrobi na mnie takiego wrażenia. Z zaskoczeniem odkryłem, że cykl podoba mi się nadal. Nie jest to z pewnością najbardziej dojrzałe dzieło Bendisa, ale czyta się je lekko i z zaangażowaniem, dużo lepiej niż większość przygód Spider-Mana spod szyldu Marvel Now. Być może to kwestia nostalgii i sentymentu, ale po drugi tom „Ultimate Spider-Man” sięgnę na pewno.