Album „Soli Deo Gloria” był jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie komiksowych premier tego roku. Dzieło Jean-Christophe’a Deveneya i Édouarda Coura w ubiegłym roku podbiło Francję zdobywając m.in. nagrodę im. Rene Goscinny’ego dla najlepszego scenarzysty komiksowego, a opiniotwórczy dziennik „Le Parisien” umieścił je na liście najlepszych komiksów roku. Oczekiwania miałem więc spore, a album spełnił je co do joty.
„Soli Deo Gloria” opowiada historię Hansa i Helmy, utalentowanych muzycznie bliźniąt urodzonych w ubogiej rodzinie na początku XVIII wieku. Dzięki swojemu wyjątkowemu darowi udaje im się nie tylko przetrwać, ale również odnieść sukces. Helma zostaje cenioną śpiewaczką, Hans uznanym kompozytorem marzącym o stworzeniu ponadczasowego arcydzieła. Razem mogą osiągnąć wszystko, co jednak się stanie, kiedy ich drogi się rozejdą?
Liczący blisko 280 stron komiks to monumentalna opowieść o muzyce, poświęceniu i wytrwałości połączona z filozoficznymi rozważaniami na temat tego, co sprawia, że człowiek jest w stanie tworzyć sztukę, dlaczego tak ważną rolę odgrywa ona w jego życiu i jakie warunki trzeba spełnić, by osiągnąć artystyczną nieśmiertelność. Cała historia przedstawiona jest w konwencji baśni i osadzona w świecie nawiązującym do naszego, ale odmiennym. Choć w „Soli Deo Gloria” pojawiają się bohaterowie wyraźnie inspirowani gigantami światowej muzyki, to noszą inne imiona. Podobnie jak miasta, które odwiedzają Hans i Helma. Dzięki temu zabiegowi twórcy komiksu uzyskali swobodę pozwalającą im na przedstawienie historii z jednej strony odwołującej się do historii, z drugiej fabularnie niezależną od prawdziwych wydarzeń.
Scenariusz Jean-Christophe’a Deveneya zachwyca złożonością i wielością podejmowanych w nim wątków przy zachowaniu fabularnej klarowności. „Soli Deo Gloria” łączy w sobie intrygującą, wciągającą historię z głębszym przekazem. Miejscami równowaga pomiędzy tymi dwoma „światami” zostaje zaburzona i mniej więcej w środku opowieść traci tempo, co jednak nie przeszkodziło mi w przeczytaniu komiksu za jednym podejściem.
Scenariusz „Soli Deo Gloria” jest znakomity, ale album zwraca na siebie uwagę przede wszystkim oprawą graficzną. Édouard Cour stworzył wizualne arcydzieło – czarno-białe opus magnum zachwycające bogactwem detali, ekspresją postaci, fenomenalną grą światłocieniem i przepięknie odwzorowaną architekturą. Co więcej, artysta w pomysłowy sposób w nieruchomych kadrach pokazał muzykę. Ona, jako jedyna rzecz w komiksie, przedstawiana jest z wykorzystaniem koloru, co potęguję znaczenie sztuki w życiu nie tylko bohaterów, ale w ogóle w komiksowym świecie. Co ważne, kolor ten pojawia się tylko w sytuacjach, kiedy postaci tworzą z chęcią i radością. Dzięki temu Cour pokazał również w jaki sposób zmienia się stosunek bohaterów do sztuki, co ma niebagatelne znaczenie w fabule.
„Soli Deo Gloria” to dzieło totalne, imponujące fabularnym rozmachem, bogactwem treści oraz fenomenalną grafiką. Dodatkowo, przepięknie wydane. Jak dla mnie to jeden z najlepszych komiksów tego roku.