Wraz z premierą „Sezonu spadających gwiazd” jury obradujące nad tym, kto i za co powinien otrzymać Grad Prix tegorocznego MFKiG w Łodzi zapewne zakończyło pracę. Lepszego polskiego komiksu w tym roku nie czytałem. I nie sądzę żebym przeczytał.
Marcin Podolec to artysta, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. W wieku 34 lat ma na swoim koncie już 20 komiksów, kilka filmów krótkometrażowych i pokaźną kolekcję prestiżowych nagród. Jestem przekonany, że „Sezon spadających gwiazd” zdecydowanie tę ostatnią powiększy.
Liczący blisko 180 stron album to opowieść o dorastaniu w prowincjonalnym miasteczku na początku lat dwutysięcznych. W miejscu, gdzie niewiele się dzieje, choć w życiu głównego bohatera, dzieje się naprawdę sporo. Poza treningami koszykówki i marzeniami o wielkiej karierze w NBA musi radzić sobie z trudnymi przyjaźniami, złamanym sercem, brakiem wsparcia ze strony ojca czy trudną szkolną codziennością.
„Sezon spadających gwiazd” to nostalgiczno-emocjonalna bomba, która przemówi do każdego. Rozterki i problemy jakim stawia czoła bohater są uniwersalne dla wszystkich, niezależnie od tego czy pochodzą z dużego czy małego miasta i czy grali w koszykówkę czy nie. Ja jestem od Marcina blisko 20 lat starszy i też jak on grałem w szkole w koszykówkę. I choć to były czasy PRL, w dodatku spędzonew dużym mieście, to bez problemu nie tylko odnalazłem się w tym komiksie, ale przede wszystkim doskonale rozumiałem zawarte w nim emocje.
Podolec ma wyjątkowy dar mówienia w prosty sposób o trudnych sprawach. Dodatkowo, robi to w sposób niezwykle empatyczny. W „Sezonie spadających gwiazd” bardzo wiele dzieje się poza kadrami. Autor sygnalizuje problemy z jakimi borykają się jego bohaterowie. Są wśród nich rzeczy naprawdę trudne, ale Podolec konsekwentnie unika dosłowności. Pozwala pracować wyobraźni odbiorcy, również dzięki czemu tak łatwo i mocno można się z jego fabułą zidentyfikować.
Nie bez znaczenia jest fakt, że autor zwyczajnie lubi swoich bohaterów. To uczucie bije praktycznie z każdego kadru komiksu, również wobec postaci, które nie zawsze zachowują się w porządku wobec głównego bohatera. Dzięki takiemu empatycznemu podejściu, któremu podporządkowana jest również narracja albumu, czytelnik nie tylko bez problemu identyfikuje się z postaciami, ale, co może nawet ważniejsze, doskonale je rozumie.
Fabuła komiksu przedstawiona jest w krótkich, jednostronicowych epizodach, z których każdy bez problemu może funkcjonować samodzielnie. Całość, podobnie jak w przypadku klasycznych „Fistaszków”, „Jeremiego” czy „Baby Blues”, składa się na spójną i zwartą obyczajową opowieść okraszoną humorem, gdzieniegdzie wzruszeniem, a sporadycznie nawet magicznym realizmem.
Graficznie jest, jak to u Podolca, fenomenalnie. Czytając komiksy tego autora zawsze jestem pełen podziwu dla jego wyjątkowej umiejętności do tego jak wiele emocji i treści jest w stanie zmieścić w prostych z pozoru rysunkach. Jego kreska na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie tworzonej na szybko, ale już po pierwszych kadrach mamy pewność, że nie ma w niej nic przypadkowego. Każdy element kadru, każdy detal mają znaczenie i czemuś służą. Podolec panuje nad swoją historią od początku do końca z imponującą precyzją.
„Sezon spadających gwiazd” to, jak wspomniałem we wstępie, najlepszy polski komiks jaki przeczytałem w tym roku. Album, który mnie rozbawił, wzruszył, skłonił do zadumy a przede wszystkim przypomniał mi, że bycie nastolatkiem to wcale nie taka prosta sprawa. Już po ubiegłorocznej premierze zapowiadającego album zina wiedziałem, że będzie dobrze, ale finałowy produkt przerósł moje oczekiwania. Biegnijcie do księgarń i za nic nie przegapcie tego tytułu. Nie warto.