Na polską premierę „Scen zbrodni”, komiksu, przy którym po raz pierwszy współpracowali ze sobą Ed Brubaker i Sean Phillips, przyszło nam czekać aż 26 lat. I dzięki bogu, że wreszcie do niej doszło, bo choć to album objętościowo niepozorny, to wypełniony znakomitą zawartością.
Czytający regularnie mojego bloga wiedzą, że Ed Brubaer i Sean Phillips zajmują w moim sercu specjalne miejsce. Co prawda od blisko dekady ich wspólne komiksy są bardzo nierówne, ale praktycznie każdy stworzony do „Zaćmienia” stoi u mnie na półce z podpisem „ulubione”. Dziś nadal czytam wszystko pod czym ten duet się podpisuje, ale o ile cykl „Criminal” nadal trzyma poziom, to „Gorączka nocy” czy niewydane jeszcze u nas „Houses of the Unholy” są, w moim przekonaniu, po prostu słabe. Tym bardziej więc zachęcam do sięgnięcia po „Sceny zbrodni”, bo mimo upływu lat ten tytuł pozostaje jednym z najlepszych kryminałów napisanych przez Brubakera.
Wydana oryginalnie w czterech zeszytach miniseria jest pierwszą, do której późniejszy współtwórca „Gotham Central” napisał dłuższy scenariusz. Co więcej, jest też jego pierwszą większą opowieścią stworzoną dla dużego wydawcy (komiks ukazał się imprincie Vertigo) i to na warunkach postawionych przez Brubakera. Po jednozeszytówce „Vertigo Visions: Prez”, którą dla DC scenarzysta zrobił wspólnie z Erikiem Shanowerem, wszystkie jego kolejne pomysły były odrzucane przez wydawcę. Brubaker był więc przekonany, że nigdy już z DC współpracował nie będzie. Sytuacja zmieniła się kilka lat później, kiedy Shelly Roeberg, pełniąca wtedy funkcję asystentki Karen Berger, poprosiła go, by przedstawił jej pomysł, który, jego zdaniem, nigdy nie ukaże się pod szyldem Vertigo. Tak narodziły się „Sceny zbrodni”. Miniseria, która już w kilka dni po wysłaniu propozycji do wydawcy została skierowana do „produkcji”, a w 2000 roku zdobyła nominację do Nagrody Eisnera.
Komiks opowiada historię Jacka Herrimana, prywatnego detektywa z przeszłością, poszukującego młodej kobiety o imieniu Maggie. Dość szybko ją znajduje, ale kilka godzin po tym jak zostawia ją bezpieczną w hotelu, dziewczyna zostaje znaleziona martwa. Dręczony wyrzutami sumienia Jack kontynuuje sprawę natrafiając na sieć spisków i mrocznych sekretów sięgających aż połowy lat 70. ubiegłego wieku.
To czym „Sceny zbrodni” do dziś zwracają na siebie uwagę jest niezwykła precyzja z jaką ta historia została opowiedziana. Perypetie Jacka Herrimana przedstawione są w 21 krótkich rozdziałach, a każdy zwieńczony jest zwrotem akcji albo wprowadzeniem nowego wątku. W efekcie fabuła nieustannie zaskakuje czytelnika, a intryga sukcesywnie się zagęszcza. Postaci są przemyślane, posiadają rozbudowane biografie, a każda, nawet drugoplanowa, odgrywa w tej historii istotną rolę. Tu i ówdzie dialogi można by skrócić, z korzyścią dla tempa, ale poza tym nie ma się do czego przyczepić.
Formalnie „Sceny zbrodni” są czarnym kryminałem i to w klasycznym wydaniu. Jak sam Brubaker przyznaje, najbliżej komiksowi do twórczości Rossa MacDonalda, twórcy postaci detektywa Lwa Archera, którego scenarzysta jest wielkim fanem, ale pobrzmiewają w niej echa dzieł Raymonda Chandlera i Dashiella Hammetta. Zagadka kryminalna nie jest prosta, motywy podejrzanych skomplikowane, a uczestnicy wydarzeń w większości są nie zbrodniarzami, a ofiarami budzącymi w czytelniku przede wszystkim współczucie.
Za oprawę graficzną komiksu odpowiedzialny jest Michael Lark, amerykański rysownik, zdobywca Nagród Eisnera i Harveya, z którym kilka lat po „Scenach zbrodni” Brubaker współtworzył serię „Daredevil”. Sean Phillips pojawia się w kontekście tego albumu dopiero od jego drugiego zeszytu i to w roli kolorysty. Wizualnie „Sceny zbrodni” są solidne. Michael Lark swobodnie operuje kadrami tworząc iście filmową narrację, ale nie jest to jeszcze ten poziom, który niedługo później pokazał w „Gotham Central”.
W polskim wydaniu komiksu znajdziecie również krótką historię „Sceny zbrodni. Tajemnica świąt”, która ukazała się jako teaser właściwej serii, kilka przykładów szkiców Michaela Larka i tuszów Seana Phillipsa, wstęp Briana Michaela Bendisa oraz posłowie Eda Brubakera.
Miłośnicy duetu Brubaker-Phillips na pewno już ten komiks mają na swoich półkach (ukazał się w marcu), ale wszystkich pozostałych gorąco do niego zachęcam. Jeśli lubicie kryminały w stylu „noir”, których bohaterowie mierzą się z najmroczniejszymi z ludzkich sekretów, nie będziecie rozczarowani Ten komiks ma wszystko, co taka historia mieć powinna – prywatnego detektywa z problemami, nieoczekiwane zwroty akcji, solidne dialogi (choć miejscami zbyt długie) i pokaźną dawkę mroku (na szczęście niepozbawionego nadziei).