„Samuraj” to kolejna frankofońska seria komiksowa jaka do Polski trafia dzięki wydawnictwu Egmont. We Francji cykl odniósł spory sukces, ale nie jestem pewien czy powtórzy go w naszym kraju, bo pierwszy tom jest rozczarowujący.
Za scenariusz „Samuraja” odpowiedzialny jest Jean-François Di Giorgio, polskim czytelnikom znany już z historycznego komiksu „Shane”. Z zapoczątkowanej w 2005 serii autor uczynił rozpoznawalaną markę, na którą składają się dziś 18 tomów serii głównej (19. trafi do sprzedaży w czerwcu tego roku), 6 tomów Samurai Origines” poświęconego młodości głównego bohatera oraz 11 tomów „Samurai Legendes” opowiadającego o przygodach bohaterów drugoplanowych znanych z serii głównej. Żaden z tych cykli nie został zakończony, a scenariusze do wszystkich napisał Jean-François Di Giorgio.
Stworzenie w ciągu 21 lat przez jednego autora 35 komiksów opowiadających o tym samym uniwersum, to imponujący wyczyn. Ma on jednak swoją cenę. A tą ceną jest jakość. I jeśli cały cykl trzyma poziom pierwszych czterech tomów, a tyle znajdziemy w wydanym właśnie integralu, to „Samuraj” jest jedynie komiksowym przeciętniakiem, w którym nie brakuje scenariuszowych i graficznych dróg na skróty.
Komiks przenosi nas do średniowiecznej Japonii, gdzie potężny i okrutny generał Akuma dąży do obalenia panującego cesarza i przejęcia władzy w kraju. Aby tego dokonać, korzysta z czarnej magii i bezwzględnie likwiduje przeciwników. Nieoczekiwanie na jego drodze staje Takeo, ronin przemierzający kraj w towarzystwie niezdarnego sługi Shiro. Wojownik trafia w sam środek konfliktu i staje do nierównej walki ze wspieranym przez demony generałem.
Powyższy opis może i brzmi intrygująco, ale jest również podobny do setek innych komiksów. I to jest jeden z głównych problemów „Samuraja”. Seria Jean-François Di Giorgio złożona jest z ogranych pomysłów i sztampowych bohaterów, a scenarzysta nawet nie próbuje nadać im odrobiny oryginalności. Nie czyta się tego komiksu źle, ale po skończeniu ma się wrażenie, że czas poświęcony „Samurajowi” można było wykorzystać lepiej.
Di Giorgio ma również irytującą manierę nie doprowadzania spraw do końca. Często sugeruje, że coś kryje się w przeszłości bohaterów, zdradza ukryte relacje, ale ich nie rozwija. Podam przykład. Obok Akumy głównymi czarnymi charakterami komiksu są trzy demony, nieśmiertelne wojowniczki, z których jedna była nauczycielem mistrza fechtunku jaki wykształcił Takeo. To fajne powiązanie, ale Di Giorgio nic więcej z nim nie robi. Dla intrygi „Samuraja” mogłoby go zwyczajnie nie być, bo finalnie okazuje się nieistotne, a czytelnika pozostawia z poczuciem, że czegoś w scenariuszu zwyczajnie brakuje. Scenarzysta tę historię ostatecznie opowiada, ale dopiero w pobocznej serii „Samurai Legendes”. I takich uproszczeń, przemknięć nad fabularnymi wybojami jest w „Samuraju” całkiem sporo.
Od strony graficznej komiks prezentuje się dobrze. Kreska Frédérica Genêta jest solidna i wyrazista, a artysta panuje nad planszami i kadrowaniem. Dobrze też wykorzystuje przestrzeń, od czasu do czasu serwując nam efektowne całostronicowe ilustracje, a nawet jedną, rozłożoną na trzy strony rozkładówkę. Także wizualnie „Samuraj” się broni, choć – nie kryję – widywałem lepiej narysowane komiksy.
Seria Di Giorgio i Genêta to kolejny frankofoński średniak na naszym rynku. „Samuraj” na pewno znajdzie swoich fanów, bo czyta się go nieźle i ładnie wygląda, ale to jeden z tych komiksów, o których zapominamy zaraz po odłożeniu go na półkę. No i jeśli ktoś chciałby skompletować całość, a Egmont zdecyduje się również na publikację serii pobocznych, to musi tego miejsca poświęcić całkiem sporo. Są inne komiksy, które na to zasługują. Po „Samuraja” w pierwszej kolejności sugeruję udać się do biblioteki.