Nie jestem przesadnym fanem komiksu „Zen bez mistrza”, ale po „Rok zero”, nowy album jego autora Frenka Meeuwsena, sięgnąłem ze względu na temat. To chyba pierwszy, wydany w Polsce, pełnometrażowy komiks o ciąży i narodzinach dziecka opowiedziany z perspektywy mężczyzny.

Przyjście na świat nowego człowieka oraz poprzedzające je 9 miesięcy ciąży, to wydarzenia w życiu każdego rodzica przełomowe. Co oczywiste, poświęcono im więc mnóstwo filmów, książek, piosenek a także trochę komiksów. Tych ostatnich nie ma zbyt wiele, a te, które są opowiadają przede wszystkim o macierzyństwie. Takimi albumami są „Ciemna strona księżyca” Olgi Wróbel, „Projekt: Człowiek” Agaty „Endo” Nowickiej czy „Dziewięć miesięcy czułego chaosu” Lucy Knisley.

O tacierzyństwie komiksów jest jak na lekarstwo. Oczywiście ten wątek pojawia się w twórczości polskich autorów, poruszają go choćby Michał Śledziński, czy Daniel Chmielewski, ale pełnometrażowego albumu czy serii na miarę „Fatherhood: The Truth” Marcusa Berkmanna albo humorystycznego „Dad” autorstwa Bruno Chevriera (tworzącego jako Nob) się nie doczekaliśmy. „Rok zero” jest więc, o ile mi wiadomo, pierwszym wydanym w Polsce pełnometrażowym komiksem o tacierzyństwie.

Album traktuje o 12 miesiącach z życia Frenka Meeuwsena i jego partnerki Zazy. Dobiegający pięćdziesiątki autor do tej pory nie chciał mieć dzieci. Jednak pod wpływem Zazy zmienia zdanie. „Rok zero” opowiada o jego życiu od momentu podjęcia decyzji o ojcostwie, przez okres ciąży, poród aż do pierwszych wspólnych miesięcy z synem.

Komiks Meeuwsena dostarcza dokładnie tego, czego się po nim spodziewamy. To czuła, miejscami intymna opowieść o dojrzewaniu do bycia rodzicem, niepokojach i lękach towarzyszących oczekiwaniom na poród oraz stawiania czoła najróżniejszym wyzwaniom jakie ten czas niesie. Ojcowie nie znajdą w tym komiksie niczego, czego by już nie wiedzieli. Ci, którzy jeszcze rodzicami nie zostali, raczej też nie będą fabułą „Roku zerowego” zaskoczeni, bo jest oczywista. Czyta się ten album przyjemnie, aczkolwiek brakuje mi w nim czegoś, co go by wyróżniło. Proste opowiedzenie fragmentu własnego życia, w którym brakuje choćby jednego zwrotu akcji, to trochę za mało jak na scenariusz powieści graficznej.

Tym bardziej, że już sam wątek dobiegającego pięćdziesiątki mężczyzny decydującego się na ojcostwo, dawał szansę na poważniejsze rozbudowanie historii. Raz, że pojawienie się dziecka w życiu człowieka przyzwyczajonego do swobody, to spora zmiana, budząca nie zawsze dobre emocje. Dwa, że późniejszy wiek rodzica niesie ze sobą zwiększone ryzyko zdrowotnych komplikacji u potomstwa. Frenk Meeuwsen niby o tym pisze, ale robi to bardzo pobieżnie. Czytając „Rok zero” ma się wrażenie, że największym wyzwaniem dla niego były… częste nudności partnerki.

Graficznie jest solidnie choć bez fajerwerków. Meeuwsen zmienia rodzaj kreski i kolorystykę, by podkreślić różne okresy czasu oraz towarzyszące im emocje Wizualnie komiks jest atrakcyjny, a plansze i kadry czytelne. Nie ma się do czego przyczepić.

„Rok zero” to nie jest najlepszy komiks roku. Czyta się go przyjemnie i bez znużenia, aczkolwiek brakuje mu czegoś, co sprawiłoby, żeby pozostał w nas na dłużej. Ojcostwo to fascynujący temat i zdecydowanie można z niego wycisnąć więcej, niż udało się to Meeuwsenowi. Nie zniechęcam, aczkolwiek polecam poszukać tego albumu w bibliotece, bo to jednorazowy strzał.

PS. Niezawodny Grzegorz Mierzejewski przypomniał mi, że Meeuwsen nie jest pierwszy. Wcześniej w Polsce ukazało się „Vademecum złego ojca” Guya Delisle’a. 

2 thoughts on “„Rok zero”, Meeuwsen [RECENZJA]”

Zostaw odpowiedź