„Rękawica nieskończoności” i „Tajne wojny” [RECENZJA]

Koniec ubiegłego roku przyniósł premiery dwóch klasycznych marvelowskich komiksów: „Rękawicy nieskończoności” i „Tajnych wojen”. Oba, poza tym, że dobrze się je czyta, są znaczące dla uniwersum.

.

RĘKAWICA NIESKOŃCZONOŚCI

Wydana oryginalnie w sześciu zeszytach w 1991 roku „Rękawica nieskończoności” to jedno z najlepszych dzieł w dorobku Jima Starlina, twórcy, który dał nam postaci Thanosa, Draxa Niszczyciela i Gamory oraz wybitnie przyczynił się do rozbudowy świata znanego jako „kosmiczny Marvel”. W akcję swojej najsłynniejszej miniserii zaangażował superbohaterów z różnych zakątków wszechświata, których wspólnym zagrożeniem jest Thanos. Potężny tytan chce doprowadzić do zagłady połowy wszystkich żyjących istot. I nie cofnie się przed niczym, by ten cel osiągnąć.

O „Rękawicy nieskończoności” znowu zrobiło się głośno dzięki filmowi „Avengers: Wojna bez granic”, której fabuła inspirowana jest komiksem. Piszę znowu, bo dzieło Jima Starlina było jednym z największych komiksowych wydarzeń lat 90., a wielu krytyków do dziś uważa je za jedną z najważniejszych superbohaterskich opowieści w dziejach gatunku.

Trzeba przyznać, że „Rękawica nieskończoności” dobrze oparła się próbie czasu. Liczący grubo ponad 300 stron komiks czyta się zaangażowaniem od pierwszej do ostatniej strony. I to mimo tego, że w scenariuszu Starlina nie brakuje fragmentów, które można byłoby opowiedzieć sprawniej. Ponad 25 lat po premierze „Rękawica nieskończności” wciąż budzi emocje. Po pierwsze dlatego, że to znakomita historia superbohaterska, w której do walki stają już nie tylko obdarzeni supermocami herosi, ale równeż kosmiczni bogowie. A po drugie dlatego, że pod płaszczykiem nieskomplikowanej rozrywki album porusza poważne (jak na „trykoty”) zagadnienia dotyczące ludzkiej moralności i przyszłości ludzkości jako gatunku.

Oczywiście, po obejrzeniu „Wojny bez granic” komiks czyta się inaczej wypatrując w scenariuszu tropów w jaki sposób może zostać rozwiązany cliffhanger z jakim zostawiła widzów ostatnia odsłona „Avengersów”. Odpowiedź na pytanie, jak bardzo scenarzyści filmu inspirowali się miniserią poznamy już za kilka miesięcy. Do tego czasu, pozostaje nam lektura komiksu Jima Starlina, George’a Pereza i Rona Lima, do czego Was gorąco zachęcam, bo to nie tylko solidny album, ale również kawał komiksowej historii.

.

TAJNE WOJNY

Kolejnym tomem, który chciałbym Wam polecić są „Tajne wojny” Jonathana Hickmana i Esada Ribića. To nie pierwsze „tajne wojny” w historii uniwersum Marvela, ale – jak na razie – ostatnie, a ich efektem było połączenie kilku marvelowskich światów w jeden. Ale po kolei.

Wierni czytelnicy komiksów z logiem Marvel Now wiedzą, że zapowiedzi katastrofy pojawiały się w nich od dawna. I oto nadszedł dzień końca. Multiwersum zostało zniszczone. Ocalały tylko dwie ostatnie Ziemie, których mieszkańcy stają do bezwzględnej walki o przetrwanie. Przegrywają wszyscy. Poza Doomem. Bezwzględny przeciwnik Fantastycznej Czwórki dzięki pomocy Doktora Strange’a i Molecule Mana ocalił resztki marvelowskich światów tworząc z nich nową planetę – Bitewny Świat. I obwołał się bogiem. Jego władza i potęga nie mają granic, a wszelkie myśli o buncie są tłumione w zarodku. Wszystko się zmienia, kiedy na Bitewny Świat dociera szalupa z ocalałymi z katastrofy światów. Ocalałymi, którzy pamiętają jak wyglądała rzeczywistość przed Bitewnym Światem. Ocalałymi, wśród których są superbohaterowie, ale i superzłoczyńcy.

Nie jestem przesadnym fanem superbohaterskich dokonań Jonathana Hickmana, ale „Tajne wojny” ujęły mnie za serce. Scenarzyście udało się bowiem stworzyć dzieło do pewnego stopnia wyjątkowe. Opierając się na doskonale znanych wszystkim bohaterach wykreował rzeczywistość, w której elementy znane z różnych światów Marvela stały się nową, a co najważniejsze intrygującą rzeczywistością. Na kartach „Tajnych wojen” wielu zamaskowanych herosów pokazuje nieznane do tej pory twarze. Hickman zręcznie odbija się od kanonu osadzając ich w nowych, nie zawsze oczywistych rolach. Nie jest to żadna poważna dekonstrukcja, ale cwana zabawa z czytelnikami, którą znakomicie się czyta. Oczywiście, jak to u Marvela bywa „Tajne wojny” doczekały się całej masy serii pobocznych i tytułów powiązanych. Nie wiem czy są równie dobre i raczej tego nie sprawdzę, bo aż takim fanem trykotów nie jestem, ale czas spędzony z „podstawką” będę wspominał mile i zapewne jeszcze do niej wrócę.

Również dlatego, że miniseria jest znakomicie narysowana. Esad Ribić jest twórcą, który nie odstawia fuszerki, a w „Tajnych wojnach” daje popis swoich możliwości ciesząc oko realistyczną, malarską kreską i filmowo zakomponowanymi kadrami.