„Reborn. Odrodzona” Millar i Capullo [RECENZJA]

Mark Millar bywa dobrym scenarzystą, ale najczęściej jest sprawnym rzemieślnikiem z genialnym talentem do marketingu. I to głównie temu ostatniemu zawdzięcza swoją zawodową pozycję, bo jak mało kto potrafi sprzedać solidne średniaki jako nowatorskie arcydzieła. „Reborn. Odrodzona” jest jednym z takich tytułów.

JESZCZE RAZ TO SAMO

Nieco ponad rok temu na blogu wyżywałem się na innym komiksie Marka Millara „Empress: Cesarzowej”. Stworzona z rozmachem space opera opowiadała historię władczyni uciekającej przed mężem-despotą gotowym na wszystko, by odzyskać swoją rodzinę. Komiks zachwycał rysunkami Stuarta Immonena, ale jednocześnie odstręczał niechlujnym scenariuszem zbudowanym na „szczęśliwych przypadkach” i rozwiązaniach w stylu „deus ex machina”, w którym ilość wydarzeń była zdecydowanie ważniejsza od ich jakości, a przede wszystkim od uczestniczących w nim bohaterów.

Omawiając „Reborn. Odrodzoną” mógłbym w sumie delikatnie zredagować tamten tekst i opublikować go ponownie, bo kolejne dzieło Millara pełne jest błędów i niedoskonałości znanych już z „Empress: Cesarzowej”. Ale po kolei.

TO JUŻ JEST KONIEC

Bonnie Black umiera. Przeżyła szczęśliwe życie. Wychowała dzieci. Ale jej czas się kończy. W końcu zamyka oczy na zawsze i… Budzi się w fantastycznym, pełnym magii świecie, w którym zmarli otrzymują szansę na ponowne życie a wraz z nim przekleństwo uczestnictwa w okrutnej wojnie. W nowoprzybyłej Bonnie mieszkańcy tej krainy upatrują zapowiedzianej w proroctwie wojowniczki, która położy kres konfliktowi. Ta jednak najpierw postanawia odnaleźć swojego zmarłego kilkanaście lat wcześniej męża. W towarzystwie ojca i wiernego psa wyrusza w niebezpieczną podróż, która odmieni jej życie.

Nie będę krył, że pomysł na jakim zbudowano „Reborn. Odrodzoną” jest niezły. Zaświaty przedstawione jako kraina fantasy, gdzie każdy może ponownie przeżyć swoje życie ma sobie magnetyczny urok. No bo kto z nas nie chciałby się odrodzić w pełni sił, w towarzystwie tych, których wydawało się, że utraciliśmy na zawsze i jeszcze z magicznymi talentami pod ręką? Ten prosty pomysł daje możliwość stworzenia historii łączącej w sobie pełną rozmachu opowieść przygodową z atrakcyjnie podanymi rozważaniami na temat ludzkiej śmiertelności i lęku przed odejściem na zawsze. I Mark Millar niby to robi, ale nie do końca. I bardzo po łebkach.

NA SKRÓTY

Podobnie jak przywoływana już wcześniej „Empress: Cesarzowa”, „Reborn” razi scenariuszowymi skrótami i chodzeniem na łatwiznę. Teraz będą spoilery, ale nie da się inaczej (dlatego dalszą część tekstu przeczytacie tylko zaznaczając go myszką). Dziwnym trafem wojownicze umiejętności Bonnie w pełni ujawniają się, kiedy akurat dziewczyna jest w największych tarapatach. Z pomocą bohaterce zawsze przychodzi ojciec, który – co za szczęśliwy traf – w nowym świecie jest mężczyzną w sile wieku obdarzonym krzepą Supermana. Z kolei najlepsza przyjaciółka Bonnie, osoba bardzo religijna, popadła w depresję, kiedy w po śmierci nie spotkała w „raju” Jezusa. Jednak, znowu, co za szczęśliwy zbieg okoliczności, najwyraźniej jest jedyną osobą tak boleśnie przeżywającą pośmiertne rozczarowanie, bo aż do samego końca komiksu nie spotkamy już nikogo z podobnymi problemami. Jednak największym odpałem jest finałowe spotkanie z Kapitanem Frostem – jednym z czarnych charakterów „Reborn” – którego „deus exmachinowe” rozwiązanie można skwitować słowami „to są chyba jakieś jaja”.

Jak wspomniałem we wstępie, Mark Millar jest sprawnym rzemieślnikiem. Owszem, często pozwala sobie na fabularne chodzenie na skróty i zbyt często wierzy w naiwność albo krótkowzroczność czytelników, ale jego komiksy najczęściej dobrze się czyta. Nie inaczej jest tym razem. Mimo scenariuszowych uproszczeń, „Reborn. Odrodzoną” chłonie się lekko i bez znużenia, choć od czasu do czasu zgrzytając zębami.

ZALETY DLA WYRÓWNANIA WAD

Millar idzie w tym komiksie sprawdzonym wcześniej schematem. Mnoży wydarzenia i stawia na dynamiczną akcję, co odwraca uwagę odbiorców od fabularnych niedoskonałości. Trzeba mu jednak uczciwie przyznać, że w „Reborn. Odrodzona” udało mu się zawrzeć kilka fajny pomysłów. Intrygujący jest koncept wyjściowy. Relacje pomiędzy bohaterami mają potencjał, choć brakuje w nich zarówno głębi jak i szerszego spojrzenia, uwzględniającego więcej postaci z drugiego planu. Świetny i zabawny jest też pomysł na wyjaśnienie, dlaczego Kapitan Frost tak bardzo nienawidzi Bonnie. Niezmiennie atutem twórczości Millara pozostaje też fakt, że tworzy głównie kilkuzeszytowe miniserie, które kończy się czytać zanim ich niedoskonałości staną się trudne do strawienia dla czytelników.

« 2 z 2 »

Największym plusem „Reborn. Odrodzonej” są rysunki Grega Capullo. Amerykański rysownik, który w latach 2011-2016 tworzył ze Scottem Snyderem serię „Batman”, po raz kolejny pokazał klasę. Strona graficzna komiksu nikogo nie pozostawi obojętnym. Capullo znakomicie sprawdził się zarówno jako twórca fantastycznego świata, jak i autor pełnych rozmachu i dynamicznych scen akcji. Przyznam, że przy lekturze komiksu zatrzymały mnie przede wszystkim jego rysunki. A w delikatnie powiększonym formacie, w jakim został wydany komiks, prezentują się olśniewająco.

Jestem przekonany, że „Reborn. Odrodzona” znajdzie czytelników. Ba, komiks na pewno wielu się spodoba, czego dowodzi jego amerykański sukces, gdzie pojedyncze zeszyty serii doczekiwały się drugiego i trzeciego wydania. Nie zmienia to jednak faktu, że z mojego punktu widzenia „Reborn. Odrodzona” to kolejny komiks pełen błędów typowych dla twórczości Marka Millara – fabularnie uproszczony i schematyczny. Ale obłędnie narysowany.