„Rat Queens” Wiebe i Upchurch [RECENZJA]

„Rat Queens” jest dowodem na to, że nawet średnie komiksy mogą otrzeć się o nagrodę Eisnera. Inspirowana grami spod znaku „D&D” seria razi wtórnością, choć, sądząc po opiniach innych, cieszy się sporą ilością fanów.

Akcja „Rat Queens” przenosi nas do barwnego świata fantasy pełnego magii, potworów i niebezpieczeństw. Tytułowe Rat Queens są grupą zawadiackich łowczyń przygód uwielbiających rozróby i dobrą zabawę. Niestety, ich zachowanie nie wszystkim się podoba. Kiedy bohaterki wdają się w o jedną barową bójkę za dużo, cierpliwość władz Palisady, miasta, w którym mieszkają, się wyczerpuje. Chcąc zachować prawo do przebywania w mieście, Rat Queens muszą wykonać proste z pozoru zadanie. Kiedy na ich drodze stają zawodowi mordercy, królowe odkrywają, że ktoś wyznaczył cenę za ich głowy…

Scenarzysta Kurtis J. Wiebe w wywiadach przyznawał, że „Rat Queens” stworzył w hołdzie klasycznym grom RPG, a szczególnie serii „Dungeons and Dragons”, której poświęcił kilka lat swojego życia. Jednak inspiracje „D&D” widać nie tylko w scenografii komiksu, ale przede wszystkim w jego konstrukcji. Rat Queens poznajemy w sytuacji, kiedy pakują się w poważne kłopoty i znajdują się w sytuacji bez wyjścia (podobnie jak bohaterowie większości gier). Zmuszone przez okoliczności podejmują się niebezpiecznej misji, podczas której przyjdzie im stawić czoła wielu niebezpieczeństwom (raz na jakiś czas trafia się boss), a wyjdą z nich cało tylko jeśli będą działać razem („przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę”).

Brzmi znajomo? Nic dziwnego, bowiem „Rat Queens” to zlepek dziesiątków pomysłów, które łączy jedno – ktoś już kiedyś na nie wpadł. Świat jaki zamieszkują królowe nie jest specjalnie oryginalny. Ot, kolejna wzorowana na średniowieczu kraina zamieszkana przez ludzi, elfy, trolle, orki i krasnoludy. Podobnie mało odkrywczy jest pomysł na główne bohaterki. Niby rzucają sarkastycznymi komentarzami jak z rękawa, ale wcześniej robił to już Peter Parker. Nie boją się pobrudzić sobie rąk w efektownych starciach, ale w tych mistrzami są już Deadpool i Lobo. Lubią się napić i zabawić w towarzystwie, ale już blisko 30 lat temu Tank Girl wiedziała, że to jeden z lepszych sposobów na spędzanie wolnego czasu.

Kurtis J. Wiebe w swojej serii wykorzystał pomysły i rozwiązania sprawdzone już wcześniej w wielu innych dziełach, ale doprawił je pokaźną dawką humoru, dzięki czemu powstało lekkostrawne komiksowe danie przeznaczone dla szerokiego grona odbiorców. Dowcip jaki znajdziecie w „Rat Queens” nie jest najwyższej próby, ale jeśli bawi was „Deadpool”, to pewnie będziecie zadowoleni.

Największą słabością „Rat Queens” jest nikczemna błahość tego komiksu. Po przeczytaniu ostatniej strony „Magią i maskarą” (taki tytuł nosi pierwszy tom serii) nie za bardzo pamiętałem już co było na początku, a co gorsza, niespecjalnie czułem się zobligowany do sięgnięcia po kolejną część. Seria Kurtisa J. Wiebego to, jak na razie, klasyczny komiksowy średniak. Sprawnie opowiedziany i przyzwoicie narysowany przez Roca Upchurcha, ale na tle dziesiątków konkurencyjnych tytułów nie wyróżniający się niczym szczególnym. I nie rozumiem, dlaczego, a przede wszystkim za co w 2014 roku „Rat Queens” otrzymało nominację do nagrody Eisnera.

Album „Rat Queens: Magią i maskarą” ukazał się nakładem wydawnictwa Non Stop Comics.