„Pusty człowiek” i „Palcojad” [RECENZJA]

Jeśli takie tytuły jak „Pusty człowiek” oraz „Palcojad” doczekują się polskich wydań, to wiedz, że ofertowo rodzimy rynek komiksowy zaczyna przypominać światowy. Oba są bowiem średniakami, jakich w krajach „komiksowo rozwiniętych” znajdziecie w księgarniach na pęczki.

 

PUSTY CZŁOWIEK

Pierwszy z wymienionych przenosi czytelników do rzeczywistości, w której Ameryka nękana jest tajemnicza chorobą nazwaną przez media Pustym Człowiekiem. Nie wiadomo co ją powoduje, nie wiadomo jak z nią walczyć, ba, do końca nie jest pewne czy to w ogóle jest choroba. Osoby dotknięte Pustym Człowiekiem doświadczają potwornych halucynacji, których efektem jest samobójcza śmierć, a w najlepszym wypadku katatonia. Jak grzyby po deszczu zaczynają powstawać sekty upatrujące w zarazie przejawu boskiej ingerencji. Niektóre z nich, niezwykle brutalne. W takim świecie para agentów FBI i CDC prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia dwójki dzieci. Nieoczekiwanie okazuje się, że ich odnalezienie może być kluczem do poznania tajemnicy pochodzenia Pustego Człowieka.

Seria jest dziełem scenarzysty Cullena Bunna, autora znanego polskim czytelnikom z cyklu „Hrabstwo Harrow”, westernowego „Szóstego rewolweru” czy superbohaterskich przygód Moon Knighta i Deadpoola. Bunn jest solidnym rzemieślnikiem potrafiącym sprawnie zapleść historię, ale tutaj mu nie wyszło. Najlepszym pomysłem w scenariuszu jest sama idea tajemniczej choroby powodującej szaleństwo. Jednak czytając komiks miałem poczucie, że Bunn nie za bardzo wiedział co z tym konceptem dalej zrobić. Intryga dość szybko się gmatwa, potem pojawia się potwór, aż w końcu przestaje nas to wszystko obchodzić. I to jest największa bolączka „Pustego człowieka”. Ten komiks nie wciąga, po jakimś czasie męczy, by ostatecznie pozostawić czytelnika w chłodnej obojętności.

Za ten stan rzeczy odpowiedzialne są również rysunki autorstwa Vanesy R. Del Rey. Stylistycznie ciekawe, ale niekoniecznie ułatwiające zrozumienie zawiłości mętnego scenariusza.

Przeczytałem „Pustego człowieka” do końca głównie z poczucia recenzenckiego obowiązku. I dlatego, że komiks nie jest długi. Niestety, czas spędzony z dziełem Bunna i Del Rey nie jest doświadczeniem, które mógłbym polecić. Jak dla mnie, „Pusty człowiek” to jeden z tych komiksów, które zasługują co najwyżej na wypożyczenie z biblioteki, bo już na inwestycję w wysokości kilkudziesięciu złotych zdecydowanie nie.

 

PALCOJAD

Znacznie lepiej prezentuje się „Palcojad”, którego pomysłodawcą jest Joshua Williamson. Ten 37-letni dziś autor na swoim koncie ma już udaną serię o przygodach Flasha, awanturniczy horror „Ghosted” oraz znakomity cykl „Birthright”, który ma szansę doczekać się ekranizacji. Williamsona cenię przede wszystkim za jego warsztat. Wie jak budować trzymające w napięciu historie obfitujące w nieoczekiwane zwroty akcji i wypełnione barwnymi bohaterami. I dokładnie taką opowieścią jest „Palcojad”. Choć nie przez cały czas.

Akcja komiksu rozgrywa się w Buckaroo, w stanie Oregon. Mieście, w którym na świat przyszło więcej seryjnych morderców niż gdziekolwiek indziej na świecie. Jednym z nich jest Edward Warren, znany jako Palcojad. Zabójca co najmniej 64 osób, który zasłynął tym, ze swoim ofiarom ogryzał palce aż do kości. W zaskakującym procesie sądowym Warren został uniewinniony i powrócił do Buckaroo, gdzie – jak sam twierdzi – wiedzie zwyczajne, nudne życie. I być może tak by było, gdyby nie pewien były agent NSA „z przeszłością”, którego przybycie do Buckaroo stanie się początkiem dramatycznych wydarzeń.

Pierwszy tom zbiera dziesięć z trzydziestu zeszytów serii. I jest to najlepsza dawka „Palcojada” w całym cyklu. Na blisko trzystu stronach Joshua Williamson konsekwentnie udowadnia, że jest mistrzem w swoim fachu. Scenariusz nie przestaje zaskakiwać czytelnika. Prawie każdy zeszyt kończy się cliffhangerem, trup ściele się gęsto i brutalnie, a całość okraszona jest sporą dawką humoru (w jednym z zeszytów gościnnie pojawia się Brian Michael Bendis, a historia jego przygód w Buckaroo jest przezabawna). I gdyby tak było przez cały czas, „Palcojad” stanąłby na mojej półce z podpisem „ulubionym”. Niestety, poza tą dziesiątką jest jeszcze dwadzieścia pozostałych zeszytów, których poziom już sukcesywnie maleje.

Piszę o tym dlatego, że, aby poznać tajemnicę pochodzenia morderców Buckaroo, musicie zainwestować w trzy solidne komiksowe tomy. Pierwszy obiecuje przygodę życia, ale kolejne ją łamią. Atrakcyjne wątki nie znajdują satysfakcjonującego rozwiązania, a główn oś fabularna traci pierwotne tempo. Dość powiedzieć, że kiedy dotarłem do finału (a serię czytałem pierwszy raz w zeszytach), to jęknąłem „JPRD, SRSLY?”. Tak było schematyczne i rozczarowujące. Decydując się na dłuższe obcowanie z Palcojadem, powinniście mieć tego świadomość.

Pierwszy tom z czystym sumieniem polecam, bo to kawał solidnego horroru połączonego z kryminałem. Z krwistymi (dosłownie) bohaterami, wpadającymi w ucho dialogami i solidnie skonstruowaną intrygą. Do tego znakomicie zilustrowany przez Mike’a Hendersona.