„Promethea” Moore i Williams III [RECENZJA]

„Promethea”, najgłośniejsza obok „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” seria Alana Moora stworzona dla imprintu America’s Best Comics wreszcie doczekała się polskiego wydania. Szykujcie się na kolejną niezapomnianą komiksową przygodę od autora „Watchmenów”.

Tytułowa Promethea to mistyczna wojowniczka od wieków broniąca ludzkości przed złem. Jej mocą władało wiele różnych kobiet, a teraz trafiła ona w ręce Sophie, młodej studentki przypadkowo piszącej pracę semestralną na temat Promethei. Nieoczekiwanie dziewczyna trafia w sam środek wojny pomiędzy siłami dobra i zła, w której magia jest na porządku dziennym, a wszystkie chwyty dozwolone.

„Promethea” to wyjątkowe połączenie opowieści superbohaterskiej z filozofią, religią, magią, okultyzmem i historią sztuki. Alan Moore po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem tworzenia intertekstualnych, wielopoziomowych scenariuszy. Scenariuszy z jednej strony dostarczających rozrywki, z drugiej zachęcających czytelników do tropienia licznych cytatów i nawiązań, z trzeciej w mniej lub bardziej otwarty sposób służących jako nośnik prywatnych poglądów autora. W przypadku „Promethei” równowaga pomiędzy tymi elementami jest delikatnie zachwiana, ale nie wpływa to na odbiór dzieła nieustannie zaskakującego odbiorców.

Na pierwszym, podstawowym poziomie „Promethea” to klasyczna opowieść o superbohaterce, w której nie brakuje arcyzłoczyńców, efektownych scen akcji oraz, oczywiście, nadnaturalnych mocy. To również historia o dojrzewaniu, akceptacji i mierzeniu się z własnymi słabościami. Przy okazji to także wykład na temat feminizmu, historii literatury i sztuki oraz wielu innych dziedzin, którymi Moore od zawsze był zainteresowany – tarota, kabały, religii czy magii. Jak pisałem wcześniej, te fascynacje niekiedy biorą górę nad fabułą skazując czytelnika na czytanie obszernych i nie zawsze porywających ustępów tekstu, ale to jedyny mankament jaki mogę wytknąć „Promethei”. Bo poza tym, to fantastyczny komiks.

Moore cały czas zaskakuje czytelników. Bawi się formą i językiem wplatając do swojego tekstu fragmenty wiadomości z serwisów informacyjnych, poezję a nawet piosenki. Czytając „Prometheę” nigdy nie wiecie czego spodziewać się po kolejnej stronie. I tyczy to zarówno scenariusza jak i rysunków.

Odpowiedzialny za stronę graficzną James H. Williams III, który w „Sandmanie: Uwerturze” udowodnił, że można stworzyć powieść graficzną bez ani jednego tradycyjnego kadru komiksowego, doskonale odnalazł się w tej kreatywnej jeździe bez trzymanki. Williams bez problemu żongluje stylami i technikami rysowania tworząc dynamiczne, zaskakujące plansze do maksimum wykorzystujące potencjał komiksowego medium.

Zwróćcie też uwagę na okładki poszczególnych zeszytów, z których prawie każda – podobnie jak scenariusz i rysunki – jest nawiązaniem bądź cytatem z innego dzieła. Wytrawni czytelnicy dostrzegą w nich odwołania do „Małego Nemo w Krainie Snów” Winsora McCaya, ilustracji J.C. Leyndeckera i Margaret Brundage a nawet ponadczasowej okładki albumu „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club” zespołu The Beatles.

Wielkie brawa również dla odpowiedzialnej za polskie tłumaczenie Pauliny Braiter. Kiedy w ubiegłym roku Tomasz Kołodziejczak ogłosił, że to właśnie ona dokona przekładu komiksu, ktoś na internetowym forum apelował do niej słowami „proszę tego nie spier….”, a tłumaczka odpowiedziała „postaram się”. I słowa dotrzymała. „Promethea” to popis translatorskich umiejętności Braiter, która stylistyczne wygibasy Moore’a brawurowo przełożyła na polski język. A było to wyzwanie karkołomne, co może potwierdzić każdy, który z komiksem próbował się zmierzyć w oryginale.

Polska edycja „Promethei” wzorowana jest na amerykańskiej „absolute edition” co oznacza, że przed nami jeszcze dwa tomy zbiorczego wydania serii liczącej 32 zeszyty. Koniecznie przygotujcie dla nich miejsce na swoich półkach. Jak dla mnie „Promethea” to komiks obowiązkowy.