Stworzenie „Projektu Standstill” zajęło Lee Loughridge’owi i Andrew Robinsonowi aż dziewięć lat. Po przeczytaniu komiksu mam pewność, że można było ten czas lepiej wykorzystać. Mimo spektakularnego początku, album potężnie rozczarowuje.
Co byś zrobił, gdybyś mógł zatrzymać czas i jako jedyna osoba przemieszczać się pomiędzy zamrożonymi w bezruchu ludźmi i przedmiotami? Kiedy taka moc trafia w ręce Rykera Ruela, ten postanawia wykorzystać ją do zemsty na ludziach odpowiedzialnych za śmierć żony. Jego morderczą krucjatę stara się powstrzymać Colin Shaw, naukowiec i wynalazca bransolety zatrzymującej czas. Ich śladem, z kolei, rusza wojsko, które badania nad gadżetem sfinansowało.
Pierwsze rozdziały „Projektu Standstill” jeszcze nie zapowiadają katastrofy. Przede wszystkim dlatego, że są po brzegi wypełnione akcją i obłędnie dobrze narysowane. Ryker Ruel najpierw efektownie rozprawia się z gangiem motocyklistów, by za chwilę przenieść się do Karaczi i tam wymierzyć sprawiedliwość grupie terrorystów. Na razie jeszcze nie wiemy o co w tym wszystkim chodzi, ale, przyznaję, wizualnie Robinson dowozi w 100%. Problemy zaczynają się, kiedy fabuła się „zagęszcza” a Lee Loughridge zaczyna udzielać odpowiedzi na pytanie „o co chodzi, jakby?”.
Cóż, nie jest to zadanie proste, bo scenariusz „Projektu Standstill” z odcinka na odcinek staje się coraz bardziej wątły i irracjonalny. Ryker Ruel z czarnego charakteru dokonuje cudacznej wolty w postać tragiczną. Colin Shaw majstruje drugą bransoletę do zatrzymywania czasu, bo choć pierwsza powstała w tajnym wojskowym laboratorium, to okazuje się, że drugą można już zrobić w domowym garażu z przedmiotów dostępnych w ofercie każdego marketu budowlanego. A kiedy wydaje nam się, że doszliśmy już na szczyt tego absurdu, to okazuje się, że istnieje jeszcze jedna bransoleta będąca w posiadaniu zabójcy-ninja działającego na zlecenie armii.
Fabularnie nic w tym scenariuszu nie trzyma się kupy, a im bliżej finału, tym jest gorzej. „Projekt Standstill” pełen jest niedokończonych wątków i scen pozbawionych kontynuacji, a pomiędzy Rykerem i Colinem, ponoć najlepszymi przyjaciółmi, brakuje chemii. W ogóle postaci w tym komiksie są schematyczne i jednowymiarowe, a logika, od pewnego momentu, po prostu nie istnieje.
Ten bałagan z początku ratują rysunki Andrew Robinsona (polscy czytelnicy znają go już jako twórcę fantastycznych okładek do serii „Szumowina” czy „The Weather Man” ). Pierwsze trzy rozdziały, pod względem wizualnym, nie biorą jeńców. Niestety, od 4 zeszytu obowiązki rysownika „Projektu Standstill” przejął Alex Riegel, którego kreska i kompozycje plansz nie są już tak efektowne jak te Robinsona. I wtedy wszystko zaczyna się sypać.
Niestety, „Projekt Standstill” to projekt nieudany. Komiks ma znakomite otwarcie i udane trzy pierwsze rozdziały, ale później, w ekspresowym tempie, zmienia się w chaos. Fabularnie z odcinka na odcinek coraz mniej trzyma się kupy a i wizualnie, poza wspomnianym początkiem narysowanym przez Andrew Robinsona, szału nie ma. Nie polecam.