„Powstanie i upadek imperium Shi’Ar” Brubaker, Tan, Henry [RECENZJA]

„Uncanny X-Men: Powstanie i upadek imperium Shi’Ar” to drugi po „X-Men: Morderczej genezie” komiks o mutantach autorstwa Eda Brubakera wydany w cyklu Marvel Klasyka. Choć lepszy od poprzednika, do arcydzieł nie należy prowokując do pytań o powody jakie sprawiły, że ta właśnie historia uznana została za kanoniczną.

Gabriel Summers, mutant znany jako Wulkan, jest nie tylko bratem Scotta Summersa vel Cyclopsa, ale również jedną z najpotężniejszych istot we wszechświecie. Na tyle potężną, że jest w stanie rzucić wyzwanie kosmicznemu imperium Shi’Ar, którego przed laty był niewolnikiem. Jego jednoosobową krucjatę usiłuje powstrzymać drużyna X-Men, ale czeka ich niełatwe zadanie. Również dlatego, że Profesor X nie jest w Shi’Ar mile widziany.

Ed Brubaker to jeden z moich ulubionych scenarzystów. Mistrz celnych dialogów potrafiący budować skomplikowane, wielowątkowe fabuły pełnie niedopowiedzeń, nieoczekiwanych zwrotów akcji i niebanalnych bohaterów. Dobrze radzi sobie również z superbohaterami, czego dowodem są napisane przez niego historie o przygodach Daredevila i Kapitana Ameryka. Niestety, nie jest specjalistą od opowieści, w których bohaterem jest drużyna. Mogliśmy się już o tym przekonać przy okazji „X-Men: Morderczej genezy”. „Uncanny X-Men: Powstanie i upadek imperium Shi’Ar” jest tego kolejnym dowodem.

Opisywany album to kolejna „kosmiczna nawalanka” w której garstka herosów staje do walki o ratowanie wszechświata. I gdyby „Powstanie i upadek imperium Shi’Ar” było dobrze napisane, można byłoby wybaczyć komiksowi sztampowość i wtórność. Problem w tym, że dzieło Brubakera pozostawi większość z Was obojętnym, a niektórych wręcz zirytuje.

Pierwszą słabością komiksu jest jego czarny charakter. Wulkan jest niepokonany. Kropka. Czyni to z niego potężnego mutanta, ale nudnego przeciwnika i przede wszystkim mało ciekawego bohatera. Co gorsza, w interpretacji Brubakera psychologicznie bliżej mu do rozkapryszonego dziecka niż budzącego grozę arcyzłoczyńcy, co z kolei sprawia, że ciężko traktować go poważnie. Niewiele lepiej scenarzysta radzi sobie z pozostałymi postaciami. Podobne jak to miało miejsce w „Morderczej genezie” na większość z nich zwyczajnie nie ma pomysłu i choć przewijają się przez komiksowe kadry, nie odgrywają w nich znaczącej roli. Jednym bohaterem, którego Brubaker potencjał w pełni wykorzystuje, jest Profesor X przedstawiony jako targany rozterkami relikt przeszłości nie potrafiący dogonić współczesności, kurczowo przywiązany do zasady, że „mutanci nie zabijają”.

Słabością „Powstania i upadku imperium Shi’Ar” jest również fabularne uwikłanie w skomplikowaną przeszłość X-Men. Scenariusz komiksu pełen jest odniesień do wcześniejszych przygód drużyny, a mniej znani bohaterowie pojawiają się w kadrach bez specjalnego wytłumaczenia kim są i jakie relacje łączą ich z mutantami. W tym galimatiasie swobodnie poczują się jedynie najzagorzalsi fani X-Menów. Pozostali będą zwyczajnie zagubieni.

Graficznie jest dobrze, choć bez przesady. Odpowiedzialni za rysunki Billy Tan i Clayton Henry opowiadają historię zmagań z Wulkanem sprawnie, ale w typowo marvelowskim stylu – czystą kreską i ze sporą dozą efekciarstwa. Kadry cieszą oko, ale nie pozostają w pamięci na długo.

Jeśli chcecie sięgnąć po „Uncanny X-Men: Powstanie i upadek imperium Shi’Ar” ze względu na nazwisko Brubakera na okładce i z nadzieją na przeczytanie wyjątkowej, fabularnie i formalnie historii superbohaterskiej, będziecie tym komiksem srodze rozczarowani. Licząca dwanaście zeszytów miniseria to ciąg walk, potyczek i eksplozji supermocy pozbawiony praktycznie humoru oraz opowiedziany z przesadną powagą. Da się przeczytać, ale gwarantuję, że już kilka godzin po lekturze nie będziecie za bardzo pamiętali o czym to było. Polecam tylko hardkorowym fanom X-Men. Pozostałym sugeruję poszukać albumu w bibliotece.