Aż 37 lat zajęło Barry’emu Windsor-Smithowi stworzenie „Potworów”, monumentalnej powieści graficznej, która zdaniem niektórych krytyków jest opus magnum 73-letniego już artysty. Album był jednym z najszybciej sprzedających się podczas tegorocznego festiwalu w Łodzi, ale podejrzewam, że wśród tych, którym udało się go kupić w dniu premiery, było nieco rozczarowanych. Bo choć „Potwory” imponują rozmachem i wykonaniem, to mają też sporo słabych punktów.
Akcja komiksu rozpoczyna się w 1964 roku. Do biura poborowego armii Stanów Zjednoczonych zgłasza się doświadczony przez los Bobby Bailey. Co prawda chłopak nie spełnia wymogów pozwalających mu na wojskową karierę, ale zostaje skierowany do wzięcia udziału w tajnym eksperymencie mającym na celu stworzenie superżołnierza. Tak rozpoczyna się opowieść będąca połączeniem wariacji na temat potwora Frankensteina z rodzinnym dramatem, a nawet z elementami parapsychologii.
Pomysł na „Potwory” narodził się w głowie Barry’ego Windsor-Smitha jeszcze w 1984 jako opowieść o… Hulku. Artysta chciał przedstawić czytelnikom opowieść pokazującą, że narodziny zielonego siłacza były efektem nie tylko promieniowana gamma, ale również trudnej przeszłości Bruce’a Bannera, który dorastał w toksycznej rodzinie zdominowanej przez sadystycznego i cierpiącego na PTSD ojca, weterana II Wojny Światowej.
Komiksowe opowiadanie zatytułowane „Thanksgiving” nigdy nie zostało ukończone, ale ponoć to właśnie z inspiracji pomysłem Windsor-Smitha powstał scenariusz zeszytu „Hulka” autorstwa Billa Mantlo, w którym Bruce’a Bannera przedstawiono jako osobę cierpiąca na zaburzenie dysocjacyjne tożsamości. A Hulk był jednym z jej objawów.
Później Windsor-Smith do swojej idei próbował przekonać Mike’a Richardsona z Dark Horse. Oficyna była nawet zainteresowana publikacją powieści graficznej, zatytułowanej wtedy „Big Red”, ale po tym jak autor pokłócił się z wydawcą przy okazji pracy nas serią „Storyteller”, ten plan upadł.
Następnie „Big Red” trafił do DC, gdzie zwrócił uwagę Karen Berger i Paula Levitza. Jednak i tam nie podjęto decyzji o publikacji, tym razem ze względu na zbyt ostry język (sytuacja miała miejsce na długo przed premierą pierwszego zeszytu „Jessiki Jones”) oraz rozmiar komiksu, który wtedy liczył już 270 stron. A nie był jeszcze ukończony.
Ostatecznie „Potwory” trafiły do Fantagraphics, wydawnictwa, które wcześniej opublikowało już stworzony przez Windsor-Smitha dwutomowy autobiograficzny komiks „Opus”. Premiera albumu miała miejsce w roku 2021, a rok później autor zdobył za nią aż trzy Nagrody Eisnera. Co ciekawe, były to jego pierwsze Eisnery w karierze.
Znając historię powstania „Potworów”, wiedząc ile lat pochłonęło tworzenie komiksu i jak ważny był to projekt dla autora, spodziewałem się arcydzieła. A co dostałem? Komiks bardzo nierówny, niewolny od nielogiczności i często sztampowy. Choć imponująco wykonany.
Przede wszystkim „Potwory” bywają męczące. Co prawda komiks zaczyna się obiecująco, ale szybko traci tempo. Rozpoczynająca go historia sierżanta McFarlanda z czasem zaczyna nużyć porozciąganymi dialogami oraz zwyczajnie niezrozumiałym zachowaniem głównego bohatera. Na szczęście po jakiś 100 stronach znowu nabiera tempa, by zwolnić kiedy dochodzimy do części drugiej, poświęconej młodości Bobby’ego Baileya.
Tym razem śledzimy losy matki chłopca dręczonej przez męża, którego II Wojna Światowa zmieniła w tyrana. I to nawet nie byłoby złe, gdyby nie było tak długie. Mniej więcej już po 10 stronach tej opowieści wiemy „co autor miał na myśli”, ale najwyraźniej Barry Windsor-Smith nie był tego pewien, bo rozciąga tę historię na ponad 100 stron ponownie wypełnionych przegadanymi dymkami, w dodatku w kółko powtarzającymi to samo. Najpierw oglądamy scenę z udziałem bohaterki, później do niej wracamy, bo matka Bobby’ego prowadzi dziennik, w którym po raz drugi opisuje to, co dopiero przeczytaliśmy. I tak w kółko. W dodatku cytaty z dziennika stylizowane są na pismo odręczne, ale przedstawiono je w taki sposób, że ciężko je odczytać.
I wreszcie docieramy do części następnej, w której poznajemy genezę okrutnego eksperymentu, którego ofiarą padł Bobby Bailey. Powinniśmy tam też poznać powód, dla którego ojciec Bobby’ego stał się sadystą i jak stoczył się w odmęty szaleństwa, ale – co zaskakujące – tego akurat zabrakło. To znaczy jest, ale opowiedziane w taki sposób, że w jednym kadrze Bailey senior jest normalny, a w kolejnym już zwariował. I kompletnie nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł w to uwierzyć.
I to jest największy problem jaki mam z „Potworami”, komiksem, moim zdaniem, zwyczajnie niedopracowanym i źle zredagowanym. A na dodatek niepozbawionym logicznych błędów, niekonsekwencji, powtórzeń i schematycznych rozwiązań. Przykładowo, album otwiera scena przedstawiająca traumatyczne wydarzenie z życia Bobby’ego Baileya, opatrzona dokładną datą. Kiedy jednak wracamy do niej wiele stron później widnieje przy niej zupełnie inna data. Inny razem dwójka bohaterów mówi, że zejdą do piwnicy spalić dokumenty, po czym w kolejnym kadrze okazuje się, że wcale ich nie palą tylko usiłują ratować przed spaleniema. No i jest jeszcze wątek paranormalny, który obiektywnie ma potencjał, ale autor zbyt często wykorzystuje go do tego, by na skróty doprowadzić do wydarzeń, które muszą się zadziać, ale twórca nie za bardzo pomysł jak do tego doprowadzić w sposób racjonalny.
Te przykłady można, niestety, mnożyć. I choć doceniam rozmach z jakim stworzony został komiks jak również trudne tematy, które porusza, to jest sporo innych dzieł robiących to zwyczajnie lepiej. Barry Windsor-Smith jest wspaniałym rysownikiem, dowodzi tego praktycznie każda plansza „Potworów”, ale scenarzystą jest, w tym przypadku, nieudolnym. Bardzo chciałem, żeby ten komiks był arcydziełem. Ba, wręcz tego oczekiwałem. Jednak zamiast spodziewanego opus magnum mistrza otrzymałem przerośniętą powieść graficzną, która jest trochę jak filmy Patryka Vegi, miewa dobre momenty, ale jako całość męczy.