„Ostatni kryzys” Morrison, Jones, Mahnke [RECENZJA]

Uniwersum DC Comics w swojej historii doświadczyło kilku poważnych kryzysów. „Ostatni kryzys” Granta Morrisona, jak na razie, zamyka tę listę. Zdecydowanie jednak nie należy do najbardziej udanych.

Historia „kryzysów”, wielkich wydarzeń wywracających do góry nogami komiksowe uniwersa, zaczyna się w latach 80. ubiegłego wieku. Przez wiele dekad autorzy wydawnictwa DC Comics z dużą swobodą podchodzili do swojej pracy, która wtedy uznawana była za „niepoważną”. Swobodnie zmieniali biografie kluczowych bohaterów, tworzyli historie, które później porzucali bez opowiedzenia ich do końca oraz lekką ręką powoływali do życia alternatywne wersje kolejnych superbohaterów. W rezultacie pod koniec lat 70. w uniwersum DC Comics zapanował taki chaos, że trudno się w nim było odnaleźć zarówno autorom jak i czytelnikom.

Tak narodził się pomysł wielkiego sprzątania, które przeprowadzono w przełomowej miniserii „Kryzys na nieskończonych ziemiach”. W wyniku wydarzeń w niej przedstawionych liczba komiksowych światów została ograniczona do minimum a uniwersum DC Comics rozpoczęło nowy rozdział swojej historii.

Mimo stosunkowo niewielkich działań marketingowych „Kryzys na nieskończonych ziemiach” okazał się olbrzymim sukcesem wydawniczym, a historia w nim przedstawiona cały czas żyje w świadomości odbiorców, czego dowodem jest choćby wykorzystanie jej wątków w zapowiedzianym na ten rok telewizyjnym crossoverze serialowego świata Arrowverse. W latach 2005-2006 historia doczekała się kontynuacji zatytułowanej „Nieskończony kryzys” a dwa lata kolejnej noszącej tytuł „Ostatni kryzys”, napisanej przez Granta Morrisona.

Szkocki autor opowiedział w nim historię zmagań superbohaterów z Darkseidem i jego armią, którym udaje się przejąć władzę nad światem. W rozgrywający się w różnych wymiarach i okresach czasowych konflikt wciągnięci zostają zarówno mieszkańcy uniwersum DC Comics jaki Nowi Bogowie – postaci stworzone przez wielkiego Jacka Kirby’ego. Przyszłość świata jaki znamy wisi na włosku, a walka o nią nie obędzie się bez ofiar.

Grant Morrison jest twórcą od lat dzielącym czytelników. Jedni go ubóstwiają, inni odrzucają, on sam zaś w wywiadach napomyka, że specyficzny charakter jego scenariuszy wynika z faktu, że, wzorem choćby Witkacego, podczas pracy nad nimi wspomaga się używkami nie do końca uznawanymi za legalne. „Ostatni kryzys” jest, w moim przekonaniu, dziełem noszącym znamiona ostrego odurzenia jego autora.

Zacznijmy od tego, że po przeczytaniu ponad 400 stron komiksu włączyłem komputer, wszedłem na wikipedię i przeczytałem jego streszczenie. Dopiero wtedy zrozumiałem o co w „Ostatnim kryzysie” chodzi. Bo choć w dziele Granta Morrisona jest zawarta nawet intrygująca historia, to opowiedziano ją tak, że nie wiem czy ktokolwiek będzie się w stanie w niej połapać.

Przez kadry „Ostatniego kryzysu” przewijają się dziesiątki superbohaterów i superzłoczyńców. Jedyni tylko przez moment, inni na dłużej, jedni podróżują w czasie, inni pojawiają się na początku, by potem na długo zniknąć, jedni są potrzebni, inni raczej nie. Finałowy kryzys fabularnie przypomina przełajowy bieg przez uniwersum, w którym biegnący-autor wie dokąd chce dotrzeć, ale nie do końca wie jak i którą drogą. Sytuacji nie ułatwia fakt, że wydany przez Egmont tom to zaledwie podstawa eventu rozpisanego oryginalnie na dziesiątki serii i miniserii. Nie brakuje w nim więc wątków i motywów, których rozwinięcia nie dane nam będzie poznać.

Jest w „Ostatnim kryzysie” sporo fajnych pomysłów. Moją uwagę przykuła drużyna nastoletnich japońskich superbohaterów marzących o sławie, uśmiechnąłem się czytając o czarnoskórym Supermanie z innego uniwersum będącym przy okazji prezydentem USA oraz zauważając odniesienia do „Watchmen: Strażników”. Ale to wszystko za mało, by uczynić z „Ostatniego kryzysu” dzieło, do którego chciałoby się wracać. Grant Morrison stworzył komiks fabularnie mętny, chaotyczny, z bełkotliwą narracją i słabymi dialogami.

Graficznie jest nieco lepiej. Odpowiedzialni za większość kadrów J.G. Jones i Doug Mahnke nie rozczarowują. Trzeba jednak zauważyć, że za rysunki historii przedstawionych w „Ostatnim kryzysie” odpowiedzialnych jest aż 18 artystów. To z kolei powoduje, że nie brakuje w komiksie miejsc, w których mieszają się ze sobą różne style graficznie, co nie zawsze wychodzi albumowi na dobre.

Dla hardkorowych fanów komiksu superbohaterskiego „Ostatni kryzys” to pozycja obowiązkowa. Jednak nawet im zalecałbym ostrożność. Grant Morrison ma w swoim portfolio rzeczy wielkie, ale jest również autorem pokaźnej liczby dzieł wystawiających na wiele prób zarówno cierpliwość jak i inteligencję czytelników. „Ostatni kryzys” jest jednym z nich.