„Olimpia de Gouges” Bocquet i Catel [RECENZJA]

Siedem lat po znakomitej „Kiki z Montparnasse’u” Bocquet i Catel powracają koleją komiksową biografią poświęconą kobiecie. „Olimpia de Gouges” to rzetelna historia życia francuskiej prekursorki feminizmu, ale nie tak porywająca jak wcześniejsza opowieść o nieoficjalnej królowej Montparnasse’u.

Olimpia de Gouges żyła zaledwie 45 lat, ale jej spuścizna pozostaje żywa do dziś. Na świat przyszła w 1748 roku jako Marie Gouze. Jej ojciec był rzeźnikiem, a matka praczką, jednak sama Olimpia utrzymywała, że jest nieślubnym dzieckiem Jean-Jacques’a Lefranca, markiza Pompignan (ku tej wersji skłaniają się również autorzy komiksu). W wieku 17 lat została wydana na Louisa Aubry’ego, a kolejnych kilka lat później owdowiała. W 1770 roku przeprowadziła się do Paryża, gdzie rozpoczęła nowy rozdział swojego życia.

Zafascynowana filozofią i teatrem rzuciła się w wir kulturalnego i towarzyskiego życia francuskiej stolicy. Jako Olimpia de Gouges dała się poznać jako autorka sztuk teatralnych (z których najgłośniejsza to „Zamor i Mirza, czyli szczęście zatonięcie”), epistolarnej powieści „Wspomnienia pani de Valmont” oraz bezkompromisowa propagatorka wolności i równości we wszystkich dziedzinach życia.

W 1791 roku, zainspirowana Deklaracją Praw Człowieka i Obywatela, ogłosiła swoją Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki zaczynającą się od słów „kobieta rodzi się i pozostaje wolna i równa w prawach mężczyźnie”. Jej bezkompromisowość ostatecznie kosztowała ją życie. Choć była ogromną zwolenniczką Rewolucji Francuskiej, w swoich pamfletach ostro krytykowała Robespierre’a, w którym od zawsze widziała dyktatora. Z tego też powodu 3 listopada 1793 roku została zgilotynowana.

Francuskie wydanie „Olimpii de Gouges” ukazało się w 2012 roku, pięć lat po premierze „Kiki z Montparnasse’u”. Jednak dziś, kiedy dyskusje na temat równouprawnienia (w wielu jego przejawach) są bardziej żywe niż jeszcze kilka lat temu, wymowa komiksu oraz poglądy bohaterki nabierają dodatkowych znaczeń.

Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach zdanie „kobieta rodzi się i pozostaje wolna i równa w prawach mężczyźnie” jest oczywistością. Okazuje się jednak, że nie. W Stanach Zjednoczonych od ponad 40 lat trwają próby wprowadzenia do Konstytucji poprawki o nazwie „Equal Rights Amendment” składającej się z jednego zdania oznajmiającego, że żaden człowiek nie może być dyskryminowany ze względu na płeć. Choć przez Senat została zaaprobowana jeszcze w 1972 roku, do dziś nie została przegłosowana przez 39 stanów (tyle jest wymaganych, by mogła zostać wpisana do konstytucji), a wszelkim dyskusjom na jej temat towarzyszą emocjonalne wystąpienia polityków przekonujących że E.R.A. to „zgoda na aborcję” albo „atak na tradycyjny model rodziny”.

Podobne polemiki znamy również z naszego polskiego podwórka. Kilka miesięcy temu media obiegła wiadomość, że w nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie miał się znaleźć zapis, że jednorazowe pobicie nie jest przemocą domową. A jeszcze wcześniej olbrzymie emocje wywołały rządowe zabiegi sugerujące, że państwo polskie zamierza wypowiedzieć Konwencję Stambulską, bo ta – zdaniem choćby ekspertów z Ordo Iuris – może, między innymi, sprzyjać upowszechnieniu aborcji.

Piszę o tym nie po to, by wszczynać ideologiczno-polityczną dyskusję, ale żeby pokazać, że ponad 200 lat po śmierci Olimpii de Gouges ludzkość wciąż ma problem z równością. Z tego też powodu, biografia francuskiej aktywistki, choć opowiada o wydarzeniach historycznie odległych, pozostaje aktualna. I warto ją poznać.

Trzeba być jednak przygotowanym na to, że twórcom nie udało się powtórzyć sukcesu „Kiki z Montparnasse’u”. W założeniach oba komiksy są do siebie podobne. Poświęcone kobietom, stworzone w czerni i bieli, dobrze udokumentowane oraz uzupełnione o przypisy i rozbudowane notki biograficzne. Krótko mówiąc, znakomicie wpisują się w oświeceniowe hasło „bawiąc uczyć”. Jednak „Olimpia” nie działa już tak dobrze jak „Kiki”. Przede wszystkim dlatego, że „Olimpia” to historia mocno osadzona we francuskiej historii, która dla większości z nas pozostaje nieco zatartym w pamięci rozdziałem ze szkolnego podręcznika. Podczas gdy „Kiki” traktowała nie tylko o wyjątkowej kobiecie, ale również o barwnym świecie artystycznej bohemy francuskiej z czasów jej największej świetności, a wiele z przedstawionych w komiksie postaci to dziś bohaterowie nie tylko kultury, ale i popkultury.

\

« 1 z 2 »

Zabierając się za „Olimpię” musicie być na to przygotowani. Kolejny komiks José-Louisa Bocqueta i Catela zwyczajnie nie mógł być równie porywający co wcześniejszy, bo opowiada o wydarzeniach i postaciach bardziej nam odległych niż rzeczywistość w jakiej żyła Kiki. Dodatkowo, autorzy od pewnego momentu za bardzo, moim zdaniem, skupili się na dziełach Olimpii zamiast na jej życiu. W rezultacie, im bliżej końca komiksu, tym więcej w dymkach obszernych cytatów z jej sztuk i pamfletów, co jest zwyczajnie męczące. Poza tym, „Olimpia” jest jednym z tych komiksów, w którym zdecydowana większość fabuły przedstawiona jest w dymkach, a rysunki pełnią rolę przede wszystkim ilustracji kwestii wypowiadanych prze bohaterów.

Co więcej, „Olimpia de Gouges” jest dziełem jednostronnym. To nie jest krytyczna biografia, a bardziej laurka pod adresem prekursorki feminizmu. Laurka ignorująca głosy historyków takich jak profesor Florence Gauthier, która w swoich artykułach przekonywała, że Olimpia walczyła o prawa nie dla wszystkich kobiet, ale tylko tych zamożnych i wykształconych. Co więcej, profesor uzasadniała także, że de Gouges nigdy nie nawoływała do zniesienia niewolnictwa, a jedynie do poprawy warunków bytowych niewolników wspierając ówczesny system, w którym bogata arystokracja cieszyła się rolą uprzywilejowaną.

Nie zrozumcie mnie źle. „Olimpia de Gouges” to solidny komiks. Doskonale udokumentowany, ciekawy, ale pozbawiony błysku, który sprawiłby, że chciałbym do niego wracać, tak jak to miało miejsce w przypadku „Kiki”. Nie odradzam, bo historię tytułowej bohaterki, której imieniem nazwano nawet jeden z paryskich placów, warto poznać, a jej przekonania są aktualne do dziś, ale przyznaję, że po autorach dzieła, które w 2012 roku umieściłem na liście najlepszych najlepszych komiksów roku oczekiwałem czegoś więcej niż kolejnej rzetelnej komiksowej biografii. A tym właśnie jest „Olimpia de Gouges” .