Polska premiera „Okruchów” Kasi Babis w komiksowej bańce wywołała niemałe zamieszanie, choć akurat nie z powodów, których się spodziewałem. Bo nad dyskusjami na temat artystycznych walorów albumu dominowała polemika nad tym, czy urodzona w 1992 roku autorka w ogóle wie czym jest/było „dojrzewanie w postkomunistycznej Polsce”. Po lekturze komiksu mogę powiedzieć, że wie, ale nie do końca umiała o tym opowiedzieć.
Choć „Okruchy” są jej pełnometrażowym autorskim debiutem, Kasia Babis jest artystką znaną i doświadczoną. Od wielu lat tworzy webkomiksy, współpracuje z zagranicznymi mediami takimi jak „The Nib” czy „The New Yorker” a poza tym jest popularną streamerką, aktywistką i osobą o wyrazistych poglądach. Zapewne z powodu tych ostatnich premiera „Okruchów” wywołała w niektórych kręgach niezdrowe emocje, ale takie są „uroki” życia w podzielonym społeczeństwie.
Wróćmy jednak do komiksu. To graficzny memuar przedstawiający historię dorastania i wchodzenia w dorosłość w Polsce już po przewrocie w 1989 roku. „Okruchy” opowiadają więc o brutalnej transformacji gospodarczej, dzikiej reprywatyzacji, pokoleniowych doświadczeniach (śmierć Jana Pawła II, katastrofa smoleńska) czy politycznych awanturach, ale również o szkolnych przyjaźniach, wygłupach i imprezach.
Kasia Babis w wywiadach mówi, że wszystkie wydarzenia przedstawione w „Okruchach” są prawdziwe, a przedstawiła je tak, jak je zapamiętała. To ważne z dwóch powodów. Po pierwsze, jest w tym komiksie kilka naprawdę kontrowersyjnych fragmentów i warto wiedzieć, że nie zostały wymyślone.
Na podstawie swoich wspomnień Babis stworzyła opowieść o Polsce i Polakach. Opowieść uproszczoną, miejscami chaotyczną i przesadnie dydaktyczną, ale niepozbawioną ognia. I to zaangażowanie jest, w moim odczuciu, dużym atutem „Okruchów”. Można się z Babis nie zgadzać. Z całą pewnością można się o ten komiks pokłócić. Ale nie można odmówić mu pasji. Poza tym, podobnie jak Piłsudski uważam, że „kto za młodu nie był socjalistą, na starość będzie skurwysynem”, także spojrzenie autorki rezonuje z moim.
Nie są „Okruchy” komiksem idealnym. Dla polskiego czytelnika są dziełem zbyt prostym, miejscami nawet trywialnym. Trzeba jednak pamiętać, że nie powstał on z myślą o nas, ale o zagranicznych odbiorcach, którzy o Polsce, polskiej historii a już na pewno polityce, nie mają zielonego pojęcia. Także oczywistość w przedstawianiu niektórych faktów jest całkowicie zamierzona. Inna sprawa, że Babis nie panuje nad scenariuszem, co wprost wynika z faktu, że do końca nie potrafi się zdecydować, czy jest scenarzystką czy aktywistką. A tych dwóch ról nie da się połączyć (bardzo dobrze wyjaśnił to Marcin Kącki w swojej książce „Bez znieczulenia”).
W „Okruchach” autobiograficzny obyczaj miesza się z historią, polityką i sprawami społecznymi, ale proporcje pomiędzy tymi tematami nigdy nie są idealne. W rezultacie żaden z tych elementów nie został fabularnie wygrany do końca, a część faktograficzna komiksu mocno dominuje nad fabularną. „Okruchy” zasypują czytelnika mnóstwem informacji i dziesiątkami wątków, z których spora część nie doczekuje się finału albo zostaje potraktowana po łebkach. Choć wątek przyjaźni wydaje się najważniejszym w komiksie, to ciężko się w niego zaangażować właśnie z powodu tej skrótowości oraz chaotyczności w narracji, bo jak tylko zaczyna się coś ciekawego dziać pomiędzy przyjaciółmi to autorka przerywa to, by opowiedzieć nam o jakiś wydarzeniach historycznych.
Wiele wad „Okruchów” wynika z tego, że jest to samodzielny debiut Kasi Babis, w którym najwyraźniej nie towarzyszył jej żaden redaktor (a jeśli towarzyszył, to nie przyłożył się do pracy). Raz, że komiks chwieje się scenariuszowo, dwa, że potrafi porazić dialogami. Te bowiem często są bardziej nośnikami idei, co sprawia, że nastolatki rozmawiają między sobą tak, jak by brały udział w programie Agnieszki Gozdyry. Nie pomagają również pojawiające się tu i ówdzie kalki z języka angielskiego (Babis sama przetłumaczyła komiks). I tych bolączek można było uniknąć właśnie w procesie redakcji każdego z wydań. Tego etapu najwyraźniej zabrakło.
Ostatnia rzecz, która mi w „Okruchach” przeszkadza, to nadmierny dydaktyzm. To kolejna konsekwencja tego, że Babis próbuje połączyć rolę scenarzystki i aktywistki, a ta druga zdecydowanie wynika. Analizy i recepty polskich problemów i bolączek przedstawione w komiksie są banalne, skrajne uproszczone i najczęściej czarno-białe. W tych fragmentach Babis nigdy nie zaprasza czytelnika do dyskusji ograniczając się do jednostronnego wykładu. I nie domagam się w tym przypadku żadnego symetryzmu. Po prostu wyzwania z jakim ten kraj i jego mieszkańcy borykają i borykali się przez ostatnich kilkadziesiąt lat nigdy nie były jednowymiarowe i proste do rozwiązania (choć są tacy, którzy w to wierzą).
Od strony graficznej „Okruchy” prezentują się bardzo dobrze. Kreska Babis jest prosta i minimalistyczna, ale też wyrazista i czytelna. Projekty postaci bywają schematyczne, kadry „historyczne” wydają się być bardziej dopracowane niż „obyczajowe”, ale poza tym nie ma się czego czepiać. Na plus jest też efektywne wykorzystanie ograniczonej kolorystyki.
Mimo problemów jakie widzę w „Okruchach” czytało mi się ten komiks nieźle. Doceniam jego szczerość, młodzieńczą energię i zaangażowanie. Dla mnie, doświadczonego boomera, jest to przede wszystkim album ciekawy, bo pokazujący zupełnie inną perspektywę na sprawy i wydarzenia, które znam i doskonale pamiętam, ale nie zawsze przypisuję im to samo albo tak duże znaczenie jak robi to Babis. „Okruchy” zostały u nas przyjęte z mieszanymi uczuciami, ale zachęcam Was, żebyście dali temu tytułowi szansę. Bo najlepsze komiksy, to takie, o które można się pokłócić.