„Nienawidzę Baśniowa” Skottie Young [RECENZJA]

Nakładem wydawnictwa Non Stop Comics ukazał się właśnie pierwszy tom „Nienawidzę Baśniowa”, autorskiej serii Skottiego Younga – fantastycznego rysownika, solidnego scenarzysty i współtwórcy znakomitej komiksowej adaptacji cyklu „Oz” L. Franka Bauma. To pierwszy jego komiks jaki doczekał się polskiego wydania i mam nadzieję, że nie ostatni.

Kiedy Gertrude miała 10 lat trafiła do Baśniowa, magicznego świata, w którym czekało na nią wielu przyjaciół, słodkości oraz przygód. Aby go opuścić musiała tylko znaleźć pewien specjalny klucz. Miało jej to zająć jeden góra dwa dni. Niestety, od tego czasu minęło 27 lat, a Gertrudzie wciąż nie udało się wykonać powierzonego jej zadania. Dobiegająca czterdziestki i uwięziona w ciele dziecka bohaterka już dawno straciła całą swoją sympatię dla Baśniowa. Uzbrojona w potężny topór (ale nie tylko) przemierza kolejne słodkie krainy obracając w perzynę wszystko, co stanie jej na drodze, z nadzieją, że może gdzieś pomiędzy kolejnymi zwłokami znajdzie upragniony klucz.

Pomysł na napisanie „Nienawidzę Baśniowa” przyszedł Skottiemu Youngowi w czasie, kiedy pracował nad wspomnianym wcześniej komiksowym cyklem „Oz”. W pewnym momencie artysta zaczął się zastanawiać nad tym, jak mogłyby się potoczyć losy Doroty Gale, gdyby mieszkańcy magicznej krainy ją mocno wkurzali. Ten pomysł z czasem ewoluował w stronę bezkompromisowej opowieści, w której wpływy twórczością L. Franka Bauma są równie mocno odczuwalne jak inspiracje przygodami Lobo, serią „Tank Girl” czy humorem rodem z satyrycznego magazynu „Mad”.

Fabularnie „Nienawidzę Baśniowa” nie jest arcydziełem. Intrygująca z początku historia szybko wpada w powtarzalny schemat – Gertrude odwiedza kolejne magiczne krainy, Gertrude dokonuje rozwałki, Gertrude idzie dalej. Co prawda, w drugiej części tomu Young wprowadza do fabuły kolejną, kluczową postać urozmaicającą intrygę, ale nie zmienia to faktu, że scenariuszowo „Nienawidzę Baśniowa” nie wyrasta scenariuszowo ponad poziom solidnego średniaka. Przynajmniej w pierwszym tomie.

To czym ten komiks przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej strony i dzięki czemu zostaje w pamięci na bardzo długo, są rysunki. Unikalny styl Skottiego Younga, w którym cartoon łączy się z satyrą robi piorunujące wrażenie. Ostra kreska, żywe kolory, oryginalne projekty postaci i scenografii a także przywiązanie do detali zachwycają i budzą podziw dla umiejętności autora. Co najważniejsze, ten styl rodem z książek dla dzieci znakomicie sprawdza się w połączeniu z fabułą, w której trup ściele się gęsto, brutalnie, krwawo a niekiedy również makabrycznie.

W oryginalnej wersji językowej komiks zwracał na siebie uwagę nie tylko oprawą graficzną, ale również językiem, a przede wszystkim słowotwórczymi zabawami, którymi naszpikowany jest scenariusz „Nienawidzę Baśniowa”. Jego przetłumaczenie wydawało się niemożliwe, ale Marceli Szpak dokonał niemożliwego. Udowodnił, po raz kolejny, że jego „język giętki powie wszystko co pomyśli głowa”, a tworzenie neologizmów to dla autora fraszka. Chapeau bas.

Gdyby nie rysunki Skottiego Younga, „Nienawidzę Baśniowa” byłby komiksem jakich wiele. Pełnym energii i szalonych pomysłów językowych, ale fabularnie banalnym i miejscami wtórnym. Dzięki fantastycznej kresce oraz dzikiej kolorystyce, monotonny scenariusz nabiera życia, a słodki świat staje się miejscem, którego się nie chce opuszczać i do którego chce się powrócić. Również dlatego, żeby zobaczyć jak z językowymi wyzwaniami w kolejnych tomach poradzi sobie tłumacz.