„Nemezis” Millar i McNiven [RECENZJA]

Każdy kolejny wydany u nas komiks Marka Millara utwierdza mnie w przekonaniu, że przeznaczeniem tego autora jest szefowanie działowi marketingu w dużej korporacji. Bo niezłym scenarzystą Millar bywa (wcale nie tak często), ale wyjątkowemu talentowi do autopromocji zawdzięcza swoją pozycję w gronie najważniejszych współczesnych komiksiarzy. „Nemezis” to kolejny jego komiks w stylu, który Paweł Kicman określa mianem „full Millar”, czyli dużo hałasu, sporo efekciarstwa, masa niedoróbek i niewiele sensu.

Tytułowy Nemezis to jedyny na świecie superzłoczyńca. Genialny strateg, mistrz sztuk walki oraz dysponujący nieograniczoną ilością gotówki miłośnik gadżetów. Z jego ręki giną cywile i policjanci, a liczba ofiar liczona jest w tysiącach. Kiedy przybywa do Ameryki, czoła stawia mu bezkompromisowy gliniarz, szef waszyngtońskiej policji Blake Morrow. Wkrótce okazuje się, że tych dwoje łączy wspólna przeszłość.

Przyznaję, że „Nemezis” startuje z wysokiego C. Już na pierwszej stronie komiksu pojawia się tytułowy złoczyńca i jego ofiara, na czwartej wybucha wieżowiec, na ósmej dochodzi do tragicznej w skutkach katastrofy kolejowej, na dziesiątej Blake Morrow rozwala shotgunem przestępców, a kilka stron dalej jesteśmy świadkami uprowadzenia prezydenta USA. Tempo, jakie scenariusz Millara narzuca czytelnikom, jest zawrotne. Niestety, ma to swoją cenę.

Podobnie jak wiele innych komiksów autora „Old Man Logana”, również „Nemezis” cierpi na braki fabularne. Millar stawia na akcję i nieustanne zaskakiwanie czytelników, ale dzieje się to kosztem psychologii głównych bohaterów oraz logiki wydarzeń. O tytułowym Nemezis i walczącym z nim policjancie wiemy niewiele. Owszem, z czasem Millar dorzuca im wspólną przeszłość, ale tylko po to, by później się z tego wykręcić. Co z kolei sprawia, że czytelnik ostatecznie nie wie jaka motywacja stała za działaniami Nemezisa. Scenarzysta podpowiada nam rozwiązanie w finale, ale jest ono tak kuriozalne i tak nieprawdopodobne, że jak je poznacie, opadną Wam ręce.

Co gorsza, „Nemezis” razi wtórnością. Przy okazji premiery komiksu Millar mówił, że chciał stworzyć historię pokazującą jak mógłby wyglądać świat gdyby Batman był złoczyńcą. Problem w tym, że wśród czarnych charakterów sporo jest już miłośników gadżetów dysponujących sporą ilością gotówki. I to nie tylko w komiksach. Doktor Heinz Dundersztyc z serialu „Fineasz i Ferb” także doskonale pasuje do tego opisu. Sporo jest więc „Nemezis” pomysłów, które gdzieś już widzieliśmy i rozwiązań fabularnych sprawdzonych w dziesiątkach innych komiksów superbohaterskich.

Graficznie również jest przeciętnie. Steve McNiven, z którym Millar współpracował już przy „Old Man Logan” i „Wojnie domowej”, nie odwala lipy, ale też niczym specjalnym nas tutaj nie zaskakuje. Kadry jakie zaprojektował do „Nemezis” są dynamiczne i bogate w detale, ale z czasem – podobnie jak scenariusz – zaczynają nużyć nadmiernym efekciarstwem.

Niestety, „Nemezis” cierpi na bolączkę jaką trapi wiele komiksów podpisanych przez Marka Millara. Ma dobry start, ale po kilkunastu stronach przekonujemy się, że zawrotne tempo i mnożenie wydarzeń, to tylko zasłona dymna mająca zamaskować fakt, że w tym albumie tak naprawdę nie ma nic specjalnego, a historia ledwo trzyma się kupy. Bezsprzeczną zaletą jest jej długość. „Nemezis” ze wszystkimi dodatkowymi materiałami liczy zaledwie 112 stron i da się go przeczytać w niecałą godzinę (albo i szybciej). Jeśli komuś bardzo zależy na bliskim spotkaniu z tym komiksem, sugeruję wizytę w bibliotece, a 55 złotych, jakie za album życzy sobie Mucha Comics, przeznaczyć na coś lepszego.