„Miracleman: Złota Era” Gaiman i Buckingham [RECENZJA]

W zeszłym roku podczas Festiwalu Komiksu w Łodzi swoją premierę miało polskie wydanie „Miraclemana”, przełomowej serii komiksowej napisanej przez Alana Moore’a. W tym roku nakładem Mucha Comics ukazała się jej kontynuacja zatytułowana „Miracleman: Złota Era”, która choć nie tak znacząca jak oryginał, jest lekturą znacznie przystępniejszą.

„Miracleman” jest jednym z tych komiksów, o których zwykło się mówić, że są arcydziełami, czyli – cytując jednego z moich profesorów z czasów studiów – „wszyscy o nich słyszeli, ale większość nie czytała”. Trudno się temu jednak dziwić, bowiem scenariusz serii jest równie skomplikowany jak historia jej tytułowego bohatera.

Miracleman narodził się jako Marvelman jeszcze w 1953 roku jako brytyjski odpowiednik Kapitana Marvela. Kiedy angielskie wydawnictwo L. Miller & Son Ltd. Straciło prawa do publikowania w Wielkiej Brytanii komiksów z serii „Captain Marvel”, jego szef Len Miller poprosił swojego współpracownika Micka Anglo o stworzenie bohatera będącego nieoficjalną kontynuacją postaci amerykańskiego herosa. Tak powstał Marvelman, który w swoim pierwszym wcieleniu był „zrzynką” z Kapitana Marvela. Nie przeszkodziło mu to jednak w zdobyciu sporej popularności, a jego przygody drukowane były nawet w Australii i Brazylii. Zmiany w brytyjskim prawie i otwarcie angielskiego rynku na komiksy amerykańskie spowodowały, że wydawca komiksu zbankrutował, a Marvelman na blisko 20 lat zniknął z komiksowych kadrów.

Powrócił do nich na początku lat 80, kiedy został wskrzeszony przez scenarzystę Alana Moore’a i rysownika Garry’ego Leacha. W ich interpretacji Marvelman był istotą udręczoną faktem posiadania nadnaturalnych mocy, cierpiącym na migreny i dalekim od doskonałości. Jego przygody rozgrywały się w realnym świecie, a Moore dokonywał w nich dekonstrukcji postaci superbohatera pokazując, że metaludzie są zdolni nie tylko do czynienia dobra, ale również absolutnego zła. Autor „Prosto z piekła” zapoczątkował rewolucję, dzięki której później narodziły się takie rewizjonistyczne komiksy jak „Powrót Mrocznego Rycerza” czy „Watchmen”.

Z perspektywy historii komiksu „Miracleman” (od nazwy Marvelman w pewnym momencie odstąpiono aby uniknąć problemów z wydawnictwem Marvel) jest więc albumem przełomowym. Kamieniem milowym, który każdy szanujący się miłośnik rysunkowej sztuki powinien znać. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to dzieło trudne. Komiks zachwyca mnogością pomysłów i odwagą w poruszaniu niektórych tematów, jednocześnie wielokrotnie w gąszczu tych idei traci fabularną czytelność, a od czasu do czasu ociera się wręcz o grafomanię. „Miraclemana” czyta się ciężko i nie jest to tytuł, do którego chce się wracać.

Do „Miraclemana: Złotej Ery” podchodziłem więc już znacznie ostrożniej. Miniseria stworzona przez scenarzystę Neila Gaimana i rysownika Marka Buckinghama pojawiła się na rynku w 1990 roku. Jej akcja rozpoczyna się po wydarzeniach przedstawionych w „Miraclemanie”, którego fabuła zakończyła się masakrą Londynu, a w jej konsekwencji przejęciem przez superbohatera władzy nad światem. Na zgliszczach stolicy Anglii, Miracleman zbudował olbrzymią piramidę Olimp i z jej szczytu sprawować rządy w wyniku, których Ziemia stała się miejscem wolnym od wojen, głodu i ubóstwa.. W historii ludzkości rozpoczęła się Złota Era. Jednak czy ludzkość jest na nią gotowa?

Kontynuatorzy dzieła Alana Moore’a skupili się nie na postaci superbohatera, ale na zwykłych ludziach żyjących w stworzonej przez niego utopii. Wciąż pamiętających tragiczne wydarzenia sprzed lat, ale wciąż nie do końca potrafiących odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, gdzie „bóg” jest prawdziwy i można z nim pomówić, ale która nie sprawiła, że ludzie stali się idealni. Bohaterowie „Złotej ery” walczą ze swoimi słabościami i niedoskonałościami. Nie boją się już wojen, ale odczuwają lęk przed superbohaterami, z których jeden dwa lata wcześniej zniszczył Londyn i zabił setki tysięcy ludzi. Nie cierpią głodu, ale wciąż się zdradzają, okłamują i oszukują. Choć zawdzięczają Miraclemanowi życie, to wśród nich nie brakuje takich, którzy za swojego idola uważają jego przeciwnika, sprawcę masakry Londynu.

Mimo fantastycznej otoczki „Miracleman: Złota Era” jest przede wszystkim historią obyczajową i psychologicznym dramatem. Neil Gaiman opowiada o tym jak mogłoby wyglądać życie w utopii, ale nie unika też pytań o to, czy jej stworzenie faktycznie było słuszne, bo mimo najszerszych chęci Miraclemanowi i tak nie udało się uszczęśliwić wszystkich.

Ten właśnie aspekt jest tym, co w „Złotej Erze” najciekawsze. Gaiman stawia przed czytelnikami intrygujące pytania. Pokazuje utopię jako miejsce bardzo odbiegające od tego jakim je sobie powszechnie wyobrażamy. Jednocześnie, czytając komiks, ma się poczucie, że nie wykorzystuje tego pomysłu w sposób kompletny. „Złota Era” zarysowuje ciekawy temat, ale go nie wyczerpuje. Być może ten koncept znajdzie rozwinięcie w kolejnych tomach serii (jest jeszcze „Srebrna Era”, a Gaiman i Buckingham pracują obecnie nad „Brązową Erą”) na razie jednak, kontynuacja „Miraclemana” pozostawiła mnie z uczuciem niedosytu.

Poza intrygującym pomysłem „Złota Era” zwraca na siebie uwagę rysunkami Marka Buckinghama, artysty polskim czytelnikom znanego jako współtwórca głośnego cyklu „Baśnie”. Każde z opowiadań Gaimana przedstawił za pomocą innej kreski i w innym stylu czyniąc ze „Złotej Ery” dzieło graficznie różnorodne, a jednocześnie budzące podziw dla jego rysownika i na długo pozostające w pamięci.

„Miracleman: Złota Era” w historii komiksu nie odegrał takiej roli jak seria Alana Moore’a, ale w przeciwieństwie do poprzednika jest dziełem bardziej przystępnym i mniej chaotycznym, a co za tym idzie czyta się go znacznie lepiej. Album pozostawił mnie z uczuciem niedosytu, ale mam nadzieję, że w kolejnych częściach Gaiman i Buckingham rozwiną pomysły przedstawione w „Złotej Erze”.

Album „Miracleman: Złota Era” ukazał się nakładem wydawnictwa Mucha Comics.