Po przygodowym „Locie kruka” i frywolnej „Pinokii” w ręce polskich czytelników trafiło monumentalne wydanie najbardziej ambitnego autorskiego cyklu francuskiego klasyka komiksu Jean-Pierre’a Gibrata. „Matteo” to opowieść o wojnie, miłości, rewolucjach i poświęceniu, którą, gdyby była hollywoodzkim filmem, specjaliści od marketingu określiliby mianem „epickiej”. Czy jednak w tym przypadku „epicka” oznacza wybitną? Zapraszam do recenzji.

Urodzony w 1954 roku Jean-Pierre Gibrat to dziś jeden z najbardziej szanowanych francuskich twórców komiksowych, autor kilkudziesięciu albumów oraz zdobywca wielu nagród i wyróżnień, w tym prestiżowego Orderu Sztuki i Literatury (odznaczenia przyznawanego za znaczące osiągnięcia w dziedzinie sztuki i literatury lub popularyzację sztuki i literatury we Francji i na świecie).

Gibrat uchodzi za mistrza realistycznego komiksu historycznego. Jego najpopularniejsze albumy opowiadają historie zwykłych ludzi wciągniętych w tryby dziejowych wydarzeń. Nie inaczej jest z „Matteo”, dziełem, które niektórzy krytycy postrzegają jako opus magnum francuskiego mistrza, a na które on sam poświęcił aż 15 lat swojego życia.

Tytułowy Matteo jest hiszpańskim migrantem, który jako dziecko przybył do Francji. Poznajemy go kiedy ma 17 lat, a Europą zaczyna wstrząsać wojna, której uczestnicy jeszcze nie wiedzą, że stanie się światową. Chcąc zaimponować swojej ukochanej Juliette, a i z poczucia obowiązku, zaciąga się do armii i trafia na front, by później udać się do Rosji, gdzie właśnie wybucha rewolucja, a później do Hiszpanii, gdzie toczy się krwawa wojna domowa, a w finale zaznać smaku II wojny światowej.

Akcja komiksu rozgrywa się w jednym z najciekawszych okresów w historii ludzkości. Lata 1914-1940 to czas wojen i rewolucji, które zmieniły świat. To czas wielkich tragedii, ale i wielkich nadziei, również tych związanych z socjalizmem. Nowa ideologia miała być lekiem na zło „starego” świata, a rosyjska rewolucja niezbędną, choć drastyczną kuracją. Rzeczywistość, jak wiemy, okazała się inna.

W swoim komiksie Jean-Pierre Gibrat pokazuje wielką historię właśnie z perspektywy zwykłego człowieka, w dodatku anarchisty. Matteo pochodzi z rodziny zaangażowanej. Jego ojciec był zdeklarowanym anarchistą, a plan zabicia hiszpańskiego króla był powodem jego przymusowej imigracji. Syn odziedziczył po nim wrażliwość na ludzką krzywdę, odpowiedzialność i chęć działania, choć zaciągając się do francuskiej armii nie przewidział, że ta jedna decyzja nie tylko zmieni całe jego życie, ale również sprawi, że on sam stanie się świadkiem i uczestnikiem najważniejszych i najkrwawszych wydarzeń nadchodzących lat.

Koncepcyjnie „Matteo” jest dziełem przemyślanym i konsekwentnym. Niestety, miejscami ambicje Jean-Pierre’a Gibrata przekroczyły jego możliwości. Jednym ze znaków rozpoznawczych twórczości Francuza, obok fantastycznych, realistycznych rysunków, jest dosyć wolny sposób opowiadania. Nie przeszkadza to specjalnie, jeśli się czyta jego albumy pojedynczo i z przerwami. Kiedy jednak próbujemy się mierzyć z ponad 400 stronami „Matteo” te słabości stają się wyraźne i irytujące.

Fabularnie komiks nie trzyma tempa. Obok fragmentów, w których dzieje się naprawdę dużo, są i takie, w których akcja wyraźnie staje, a tytułowy bohater snuje się poprzez kadry. Nie brakuje tu również scenariuszowych skrótów, zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności, czy wydarzeń mających miejsce tylko dlatego, że tak zostały napisane, a nie dlatego, że są logiczną konsekwencją wcześniejszych. Nie będę krył, że właśnie z tych powodów przeczytanie „Matteo” za jednym posiedzeniem jest doświadczeniem trudnym. Mnie, przynajmniej, się ta sztuka nie udała.

Co nie zmienia faktu, że czas spędzony z komiksem wspominam sympatycznie, bo o ile Gibrat dobrym scenarzystą bywa, to fantastycznym rysownikiem jest zawsze. I „Matteo” jest tego kolejnym dowodem. Jean-Pierre Gibrat to artysta starej szkoły. Swoje kadry tradycyjnie szkicuje ołówkiem, a później samodzielnie kryje tuszem i koloruje akrylowym tuszem. Nie korzysta z żadnych nowoczesnych, elektronicznych rozwiązań, bo, jak sam przyznaje, nie potrafi. I bardzo dobrze, bo efekty jakie w ten staroszkolny sposób osiąga, są niesamowite. Kadry „Matteo” imponują rozmachem, szczegółowością i kompozycją. Można się czepiać, że sam Matteo jest łudząco podobny do Francois, bohatera „Lotu kruka”, a kobiety, które tytułowy bohater spotyka na swojej drodze, zdają się różnić przede wszystkim fryzurami, ale to detale, na które warto przymknąć oko. Bo pomimo niedoskonałości, „Matteo” jest komiksem udanym. Może nie wybitnym, ale na pewno imponującym.

Akcja cyklu kończy się w 1940 roku a finał jest wyraźnie otwarty. Co prawda sam Jean-Pierre Gibrat zapewnia, że to już na pewno koniec i więcej komiksów Matteo nie zamierza poświęcać, ale kto wie, może zmieni zdanie? W końcu, kiedy 15 lat temu zaczynał prace nad tym tytułem, planował narysować trzy, góra cztery tomy, a skończyło się na sześciu.

Zostaw odpowiedź