„Marshal Blueberry” Moebius, Vance i Rogue [RECENZJA]

W latach 60. seria „Blueberry” były znakiem rozpoznawczym komiksu francuskiego. Trzy dekady później cykl najlepsze czasy miał już za sobą, ale wciąż pozostawał na tyle popularny, że wydawcy nie ustawali w staraniach zdyskontowania jego sukcesu. Jednym z owoców takiej biznesowej kalkulacji jest spin-off „Marshal Blueberry”, który w latach 1991-2000 doczekał się trzech tomów.

Akcja „Marshala Blueberry’ego” rozrywa się w okolicach wydarzeń przedstawionych w drugim tomie zbiorczych przygód Mike’a Blueberry’ego. Korzystając z wolnej chwili bohater powraca do swojego Fortu Navajo, gdzie natrafia na ślad szajki zajmującej się przemytem i sprzedażą broni. Śledztwo zaprowadzi go aż do pogranicznego miasteczka Heaven, gdzie na obejmie funkcję Marshala, by pod przykrywką kontynuować swoje dochodzenie.

Pomysł stworzenia „Marshala Blueberry’ego” narodził się w wydawnictwie Alpen Publishers, które przekonało do niego Jeana Girauda. Po śmierci scenarzysty Jean-Michela Charliera to on wziął na siebie obowiązek samodzielnego kontynuowana przygód swojego najsłynniejszego bohatera. I to on zaproponował, by nowy komiks narysował William Vance. Panowie wcześniej się nie spotkali, ale Moebius bardzo wysoko oceniał twróczość Vance’a i wierzył, że dzięki jego kresce Blueberry zyska nowe życie. Z kolei rysownikowi bardzo spodobała się historia napisana przez Girauda. Początki współpracy były więc obiecujące. Niestety, szybko się okazało, że przy tym projekcie nic nie miało iść tak jak powinno.

Scenariusz napisany przez Girauda okazał się… powieścią. Zaskoczony Vance otrzymał go w formie książki – bez podziału na sceny, dialogów, a nawet bez numeracji stron. Co więcej, Moebius zajęty innymi projektami nie miał zamiaru niczego poprawiać i napisaniem scenariusza na podstawie powieści musiał zająć się rysownik. Po dwóch tomach „Marshala Blueberry’ego” Vance miał już tego dość. Kiedy w połowie lat 90. wydawnictwo Dargaud, z którym Charlier i Giraud rozstali się dekadę wcześniej w atmosferze konfliktu, kupiło prawa do „Blueberry’ego”, rysownik wykorzystał zamieszanie i „wymiksował” się z projektu.

Po rezygnacji Vance’a przyszłość cyklu stanęła pod znakiem zapytania. Dwa pierwsze tomy „Marshala Blueberry’ego” nie podbiły serc krytyków, ale sprzedawały się dobrze (pierwsza część rozeszła się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy), choć czytelnikom do gustu nie przypadła kreska Williama Vance’a, którą uznali za zbyt odbiegającą od stylu Moebiusa. Sam Jean Giraud był bardzo rozczarowany „ucieczką” belgijskiego rysownika, bo jego marzeniem było, aby cykl był stworzony przez jednego artystę.

Trzeci tom „Marshala” miał premierę aż 7 lat po wydaniu tomu drugiego, a narysowany został przez francuskiego rysownika Michela Rouge’a. Dwadzieścia lat wcześniej Rouge był uczniem Jeana Girauda i pomagał francuskiego mistrzowi w pracy nad albumem „Blueberry: Długi marsz”. Jego praca przy „Marshalu” została przez czytelników oceniona lepiej niż Vance’a, ale to nie uratowało wymęczonego ospin-offu, w który blisko dekadę po premierze już chyba nikt nie wierzył.

„Marshal Blueberry” zakończył swój żywot na trzecim tomie. I mimo, że od strony biznesowej cykl okazał się przedsięwzięciem udanym (prawa do niego zostały sprzedane do kilkunastu krajów), to artystycznie nie zadowolił nikogo – ani czytelników, ani twórców. Trudno się temu dziwić, bowiem „Marshal Blueberry” choć nie jest komiksem złym, pozostaje dziełem boleśnie przeciętnym. Do świata znanego z wcześniejszych dzieł Charliera i Girauda, trylogia nie wnosi nic nowego. Od strony fabularnej „Marshal Blueberry” to nużąca powtórka z rozrywki, w której wszystko jest znajome i przewidywalne. Czytając ten trzytomowy cykl nie ma się wątpliwości, że powstał on tylko po to, by skapitalizować olbrzymią popularność serii.

Najważniejszym powodem, dla którego warto po ten spin-off sięgnąć są rysunki Williama Vance’a. Choć praca belgijskiego przy „Marshalu Blueberrym” została przez francuskich fanów przyjęta chłodno, nie podzielam ich opinii. Vance nie starał się kopiować Girauda. Przygody Mike’a Blueberry’ego narysował w typowym dla siebie, realistycznym stylu, ale z zachowaniem konwencji stworzonej przez Moebiusa. W rezultacie powstał komiks nawiązujący do tradycji serii, ale artystyczie autonomiczny. Tego samego nie można powiedzieć o ostatnim tomie trylogii narysowanym przez Michela Rouge’a. Francuski artysta starał się jak najbardziej odtworzyć style Girauda, co mu się udało. I choć obiektywnie jego prace nie są złe, to na tle plansz Vance’a prezentują się blado i odtwórczo.

„Marshal Blueberry” to pozycja adresowana do fanów bohatera stworzonego przez Jean-Michela Charliera i Moebiusa. Ci, którzy mają już na półce wcześniejsze tomy komiksowego westernu bez wahania dostawią do niego kolejny. Zaczynającym dopiero swoją przygodę z Blueberrym polecam sięgnąć najpierw po pierwsze tomy „klasycznej” serii.