„Lżejsza od swojego cienia” Gren [RECENZJA]

Do grona komiksowych biografii, których na rynku mamy już całkiem sporo, dołączyła niedawno monumentalna powieść graficzna „Lżejsza od swojego cienia” autorstwa debiutantki Katie Green. Liczący ponad 500 stron album opowiada o dramatycznej walce autorki z anoreksją.

Katie Green nie miała traumatycznego dzieciństwa. Nie pochodzi też z rozbitej rodziny. Jako dziecko była bardziej wybredna niż jej rówieśnicy, ale też nie na tyle, żeby wzbudzić tym niepokój swoich rodziców. Z czasem jednak jej wybredność zamieniła się w niechęć do jedzenia. Kiedy weszła w wiek dojrzewania, a jej ciało zaczęło się zmieniać, w jej życiu pojawiła się też choroba…

W „Lżejszej od swojego cienia” Katie Green w szczery i przejmujący sposób opowiada o przyczynach swojej anoreksji i długotrwałej walce z nią. Walce, która ostatecznie zakończyła się sukcesem, ale w której nie brakowało porażek, upokorzeń i rozczarowań, również spowodowanych przez zaufane osoby. Ale „Lżejsza od swojego cienia” to nie tylko dziennik choroby. To także opowieść o dorastaniu i mierzeniu się z wyzwaniami jakie przynosi ze sobą wchodzenie w dorosłość.

W założeniach powieść graficzna Katie Green ma wszystkie atuty, które powinny dać jej nominację do Nagrody Eisnera. Niestety, tylko teoretycznie. Czytając „Lżejszą od swojego cienia” cały czas miałem wrażenie, że ten komiks powstał przede wszystkim jako element terapii autorki, forma przepracowania dramatycznych wydarzeń z jej życia. Green bez ogródek mierzy się w nim z traumatyczną przeszłością, ale niespecjalnie widać w tym jakąś głębszą myśl, tak jak by autorka uznała, że sam „mocny” temat wystarczy do tego, by powstało dzieło wybitne. A tak nie jest.

Wiele przykładów takiego błędnego myślenia można znaleźć w kinie. Takie filmy jak „Bez wstydu” Filipa Marczewskiego, „Kto nigdy nie żył” Andrzeja Seweryna, czy „Miłość” Sławomira Fabickiego łączy wiele. Po pierwsze, wszystkie są niedobre. Po drugie, są niedobre dlatego, że ich twórcy wyszli z założenia, że wystarczy opowiedzieć „mocną” historię, by porwać widzów. Otóż, żeby osiągnąć ten cel trzeba jeszcze wiedzieć jak i, co może ważniejsze, po co ją opowiedzieć.

« 1 z 2 »

Tego „jak” i „po co” brakuje w „Lżejszej od swojego cienia”. Historia Katie Green jest, oczywiście, poruszająca i wstrząsająca, ale komiks na jej podstawie pozostaje w tyle za takimi dziełami jak „Fun Home”, „Blankets. Pod śnieżną kołderką”, „Persepolis” czy „Maus”. Twórcy wymienionych tytułów wykorzystali autentyczne historie do opowiedzenia „czegoś więcej”. Artystycznie odbili się od biografii swoich czy swoich najbliższych, by stworzyć dzieła uniwersalne i wykraczające poza „zwykłą” opowieść o swoim życiu. I właśnie tego „czegoś więcej” zabrakło mi w dziele Katie Green.

Dodatkowo „Lżejsza od swojego cienia” cierpi na bolączki pracy debiutanta. Tempo narracji komiksu jest bardzo nierówne, a autorka ma tendencję do kilkukrotnego powtarzania podobnych scen, jak by nie do końca ufała czytelnikom, że ci za pierwszym razem zrozumieją co autor miał na myśli.

„Lżejszą od swojego cienia” przeczytałem z zainteresowaniem, ale nie jest to komiks, który zapamiętam na dłużej. Mimo ważnego tematu i szczerości z jaką został on przedstawiony, debiutancka powieść graficzna Katie Green trafia u mnie na półkę z podpisem „kolejna komiksowa biografia”. Gdyby „Lżejsza od swojego cienia” powstała wcześniej (album miał swoją premierę w 2017 roku) zanim nastała moda na komiksowe opowieści o życiu (swoim lub najbliższych) zapewne patrzyłbym na nią inaczej. Teraz jednak dzieło Green jest jednym z wielu. Solidnym komiksem, który na pewno znajdzie swoich fanów i zdecydowanie zasługuje na uwagę, ale pozostającym w cieniu dużo lepszych utworów.