Browse By

„Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Burza” Moore i O’Neill [RECENZJA]

„Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Burza” to nie tylko koniec jednej z najważniejszych serii komiksowych ostatnich lat. To również pożegnanie z jej autorami Alanem Moorem i Kevinem O’Neillem, którzy zapowiedzieli, że przechodzą na zasłużone emerytury.

Gdybym miał stworzyć listę swoich ulubionych komiksów, „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” zajęłaby na niej wysokie miejsce. Pierwsze dwa tomy cyklu czytałem swego czasu tak intensywnie, że po pewnym czasie musiałem wymienić egzemplarze na nowe (fakt, że z entuzjazmem pożyczałem je komu popadnie, bo uważałem, że ten przeczytać powinien każdy).

Tytułowa liga to wyjątkowy oddział do zadań specjalnych złożony z… bohaterów literackich. Na przestrzeni lat ligę tworzą lub tworzyli m.in. Mina Harker („Drakula”), Allan Quatermain („Kopalnie króla Salomona”), dr Jekyll („Doktor Jekyll i pan Hyde”), kapitan Nemo („20 000 mil podmorskiej żeglugi”), czy Orlando – postać stworzona przez Virginię Woolf.

W ciągu swojej długiej historii członkowie Ligii walczyli z demonicznym doktorem Fu Manchu, stawiali czoła przybyszom z Marsa, a nawet samemu Antychrystowi. W ostatnim tomie swoich przygód literaccy „superbohaterowie” powracają, by zmierzyć się z samym… Jamesem Bondem, który jako nowy szef MI5 ma złowrogie plany wobec Ziemi. To jednak zaledwie niewielka część rozbudowanej historii, w której nie brakuje podróży w czasie (wydarzenia, które śledzimy mogą w XXX wieku okazać się tragiczne w skutkach) oraz przygód brytyjskich superbohterów z lat 50. ubiegłego wieku.

„Burza” to obok „Czarnych akt” najbardziej skomplikowana fabularnie odsłona „Ligi”. Przeczytałem ten komiks już dwa razy i cały czas nie mam poczucia, że dokładnie zrozumiałem o co w nim chodzi. Mnogość bohaterów, wątków i retrospekcji sprawiają, że „Burzę” czytać trzeba bardzo uważnie, a i tak ciężko za wyobraźnią Moore’a nadążyć. Tym bardziej, że ostatnia część „Ligi” to podsumowanie całej 20-letniej historii serii.

Alan Moore uwielbia uzupełniać swoje komiksowe scenariusze o prozatorskie wstawki, które niejednokrotnie niezbędne są do zrozumienia fabuły. Tym razem jest inaczej. Fragmenty prozatorskie co prawda pozostały, ale poświęcone są wspomnieniom brytyjskich twórców komiksów i nie są fabularnie powiązane z całością (poza faktem, że stworzone przez tych autorów postacie pojawiają się w „Burzy”). Co ciekawe, natomiast, jedną z głównych ról w komiksowych kadrach odgrywają członkowie Siedmiu Gwiazd – superbohaterskiej drużyny o której Moore zaledwie wspomina w „Stuleciu” właśnie w prozatorskim suplemencie „Poddani księżyca”.

„Burza” pełna jest takich smaczków. Podobnie jak wcześniejsze tomy „Ligi” również ten pełen jest cytatów i nawiązań, poukrywanych zarówno w tekście jak i w rysunkach. Jednak tym razem autorzy częściej niż poprzednio wracają do swoich wcześniejszych prac. Przypominają dawnych bohaterów, wątki, zdarzenia. Niekiedy robią to w tak subtelny sposób, że zauważą to tylko najwięksi znawcy ligowego uniwersum.

Problem w tym, że po lekturze „Burzy” mam wrażenie, iż ta metazabawa stała się dla Moore’a najważniejsza. Ważniejsza nawet od skonstruowania klarownej fabuły. Owszem, komiks nie cierpi na brak wydarzeń i bohaterów, ale przewodnia intryga jest wątłą, a sama historia to raczej zbiór mniej lub bardziej powiązanych wydarzeń niż spójna opowieść. W dodatku mocno hermetyczna. Także dlatego, że Moore często odnosi się do brytyjskich retro-superbohaterów, którzy w naszej kulturze pozostają praktycznie nieznani, co utrudnia wciągnięcie się w fabułę.

Jest więc „Burza” komiksem wymagającym, ale nie jest dziełem złym. Alan Moore po raz kolejny imponuje swoją znajomością historii popkultury, zachwyca błyskotliwymi dialogami oraz swobodą z jaką w ramach jednego komiksu miesza style i gatunki. Szkoda, że tym razem napisał scenariusz bardziej z myślą o sobie, niż o masowym obiorcy (co potwierdzają wyniki sprzedaży komiksu, który po mocnym starcie z każdym kolejnym zeszytem tracił czytelników). Moore jest jednak zadowolony ze swojej pracy. W finale „Burzy” pojawiają się w komiksowych kadrach autorzy komiksu podsumowując swoją 20-letnią przygodę z „Ligą”. Dowcipnie narzekają na czytelników, których – ich zdaniem – nie sposób zadowolić. Wspominają hejt, jaki spadł na nich po „Czarnych Aktach”, gdzie wyzłośliwiali się nad Jamesem Bondem. Przypominają, że „Stulecie” odbiorcy uznali za „zbyt powolne”, z kolei trylogię „Nemo” za „zbyt lekką”. Z ich rozmowy można wywnioskować, że przy „Burzy” świadomie postanowili nie oglądać się na czytelników i stworzyć taką historię, na jaką mieli ochotę.

W efekcie powstał komiks nierówny i trudny w odbiorze. Są w nim fragmenty, które będziecie chłonąć z wypiekami na twarzy, ale nie brakuje również takich, które będziecie czytać z konieczności. Choć, z drugiej strony, w tej mieszance każdy pewnie znajdzie coś dla siebie. I może o to chodziło?

Kevin O’Neill żegna się z czytelnikami z rozmachem. Jeśli myśleliście, że „Czarne Akta” były jego majstersztykiem, to w „Burzy” podnosi poprzeczkę. Mamy tutaj fragmenty 3D (niestety, do albumu nie dołączono okularów), kadry czarno-białe, kolorowe, pionowe, poziomie, stylizowane na gazetowe stripy czy retro komiksy dla dzieci, a nawet fotokomiks. Swoboda z jaką O’Neill porusza się pomiędzy nimi oraz jak znakomicie radzi sobie z przelaniem na papier szalonych pomysłów Moore’a budzą podziw i zachwyt. Dodatkowo, lubujący się detalach O’Neill mnóstwo smaczków ukrywa na drugim i trzecim planie swoich rysunków, zatem warto się im uważnie przyglądać.

Nie będę krył, że po finale „Ligi” oczekiwałem czegoś innego. Szalonej opowieści przygodowej, która dostarczyłaby mi tyle frajdy co dwie pierwsze części cyklu. Niestety, autorzy mieli na swoje pożegnanie z tytułem inny pomysł. Owszem, przygód, wydarzeń i bohaterów jest w „Burzy” zatrzęsienie, tylko ciężko się wśród nich odnaleźć.