„Kwaśne jabłko” Szyłak i Karpowicz [RECENZJA]

O scenariuszu „Kwaśnego jabłka” autorstwa Jerzego Szyłaka w komiksowym światku mówiło się od lat, a najczęściej przedstawiano go jako „niezrealizowane arcydzieło”. Kiedy wreszcie album ujrzał światło dzienne, mocno podzielił odbiorców, z których jedni wychwalali go pod niebiosa, a inni wzruszali nad nim ramionami.

„Kwaśne jabłko” to opowieść o przemocy domowej. 56-stronicowa historia toksycznego związku przedstawiona z perspektywy udręczonej kobiety. Brutalna, bezkompromisowa i oszczędna w słowach. Niestety, fabularnie niedoskonała.

Czytając „Kwaśne jabłko” nie miałem poczucia obcowania z dziełem kompletnym, ale zaledwie z zalążkiem pomysłu. Jednym z tych przedsięwzięć, które oglądając/czytając ma się wrażenie, ze twórca uznał, iż temat jaki podjął jest wystarczająco „mocny”, by bez specjalnych scenariuszowych kombinacji porwać czytelników. Taka strategia prawie nigdy nie działa.

„Kwaśne jabłko” przeczytałem w 15 minut. Kiedy doszedłem do ostatniej strony, najpierw pomyślałem sobie „to już?”, a zaraz potem „no i…?”. Żeby nie było wątpliwości. Nie banalizuję problemu o jakim opowiada „Kwaśne jabłko”. Mam świadomość, że w wielu polskich domach, za zamkniętymi drzwiami, dzieją się rzeczy straszne. Współczuję osobom uwikłanym w takie toksyczne związki, dla których każdy dzień jest walką o przetrwanie. Jednak sucha relacja bitej kobiety, to materiał na telewizyjny reportaż w programie typu „Uwaga” czy „Interwencja”. Po komiksie, pod którego scenariuszem podpisał się Jerzy Szyłak, oczekuję znacznie więcej. Niestety, w „Kwaśnym jabłku” niczego więcej nie ma. Komiks opowiada o tym, że przemoc domowa istnieje, jest straszna, a jej ofiary najczęściej pozostawione są same sobie. Problem w tym, że ja już to wszystko wiem, a „Kwaśne jabłko” przekonuje mnie do tezy, do której – podobnie jak każdy normalny człowiek – jestem przekonany.

We wstępie napisałem, że komiks powstał zbyt późno. Być może, gdyby ukazał się pod koniec lat 90., kiedy na ulicach polskich miast widoczna była kampania społeczna „Powstrzymać przemoc domową”, a w mediach rozpoczynała się dyskusja na ten temat, tekst Jerzego Szyłaka byłby czymś świeżym, a na pewno byłby na czasie. To dzięki słynnemu hasłu „bo zupa była za słona” w Polsce zaczęto głośno mówić dramatach dziejących się za zamkniętymi drzwiami polskich domów i mieszkań. O tym, że przemoc jest obecna nie tylko w rodzinach patologicznych, ale również w tych „normalnych”. Przede wszystkim, jednak, zaczęto tłumaczyć ofiarom gdzie i jak mogą prosić o pomoc.

W scenariuszu „Kwaśnego jabłka” nic z tego nie znajdziemy. Jego bohaterka nawet nie próbuje walczyć ze swoim dręczycielem. Jest bezwolną ofiarą sadystycznego męża, która nikogo nie prosi o pomoc i z nikim nie dzieli się swoimi problemami. Nie jest to, oczywiście, niemożliwe. Głośna sprawa Jolanty K., terroryzowanej przez męża kobiety, która zamordowała pięcioro swoich dzieci, a ich ciała ukryła w beczkach (co odkryto w 2003 roku), dowodzi tego, że taka sytuacja jest możliwa. Jednak bierność bohaterki „Kwaśnego jabłka”, mieszkanki miasta i żony kierownika działu, jest do pewnego stopnia niewiarygodna, a fabularnie (pamiętajmy, że mamy do czynienia z dziełem literackim a nie reportażem czy dokumentem) nieatrakcyjna. Szyłak traktuje swoich bohaterów instrumentalnie. Jego komiks jest dziełem z tezą, a zadaniem stworzonych przez niego postaci jest tę tezę poprzeć. Za wszelką cenę. Kosztem logiki, prawdopodobieństwa i przyciężkich metafor.

Nie mówię, że „Kwaśne jabłko” mnie nie poruszyło. Poruszyło, ale nie za sprawą scenariusza, a rysunków. Namalowane przez Joannę Karpowicz kadry są największym atutem tego komiksu. Talent artystki, a przede wszystkim bijąca z rysunków kobieca wrażliwość, tchnęły życie w szczątkowy scenariusz Jerzego Szyłaka. Ostatnia plansza „Kwaśnego jabłka” jest nie tylko najlepszą w komiksie, ale również jedyną, w której znalazło się to, co powinno być w tym komiksie na każdej stronie, czyli wyrazisty przekaz połączony z pełną emocji symboliką.

Gdyby scenariusz Jerzego Szyłaka był tak dobry jak rysunki, a właściwie obrazy, Karpowicz, mielibyśmy do czynienia z dziełem wybitnym. A tak, „Kwaśne jabłko” pozostają komiksem nieudanym. Fabularnie schematycznym i uproszczonym, ale z fantastycznymi rysunkami.

Album „Kwaśne jabłko” ukazał się nakładem wydawnictwa Timof Comics.