Premierze „Krwi dziewicy” towarzyszyło sporo ekstatycznego zamieszania w mediach społecznościowych. Zapewne część tego to zasługa wydawcy, ale czytając publikowane tu i ówdzie posty można było odnieść wrażenie, że do sklepów trafiło właśnie arcydzieło. A tak nie jest. Komiks Sammy’ego Harkhama jest bardzo nierówny i na pewno nie wybitny, choć miejscami potrafi zauroczyć.
Zanim przejdę do recenzji warto kilka zdań poświęcić osobie autora. Sammy Harkham poza tym, że pisze i rysuje, jest również wydawcą antologii alternatywnych komiksów zatytułowanej „Kramers Ergot”, współwłaścicielem księgarni w Los Angeles i wielkim fanem kina. X Muza zajmuje w jego życiu ważne miejsce także z powodów zawodowych. Od lat wspólnie z bratem Danem prowadzą w Los Angeles kino o nazwie Fairfax Cinema (wcześniej znane jako Cinefamily), w którym organizowane są pokazy tzw. „filmów kultowych”, dyskusje oraz przeglądy. Miłość Sammy’ego Harkhama do kina klasy „B” jest powszechnie znana, a „Krew dziewicy” jest jednym z jej przejawów.
Akcja komiksu rozpoczyna się w 1971 roku w Los Angeles, w czasach największej popularności kina z gatunku „exploitation”. I przy tego rodzaju produkcjach pracuje dobiegający trzydziestki montażysta Seymour. Do „branży” trafił z miłości do kina i szybko przekonał się, że choć jego szefowie zarabiają krocie, to pracownicy często klepią biedę. Seymour się jednak nie poddaje. Kiedy jeden z jego scenariuszy ma szansę zostać zekranizowany, bohater robi wszystko, by odnieść należny mu, jak sądzi, sukces. Seyomur zatraca się w pracy do tego stopnia, że zapomina o rodzinie. A całkiem niedawno został ojcem.
Fabularnie „Krew dziewicy” jest komiksem bardzo bogatym. Mamy tu opowieść o kulisach pracy w Hollywood, rozbudowany wątek obyczajowy, retrospekcje z czasów Holokaustu, rozważania na temat ceny jaką trzeba ponieść za „amerykański sen”, a nawet samodzielną historię człowieka, który od chłopaka do wszystkiego na planach niemych filmów sam stał się gwiazdą Hollywood. Rzeczywiście Harkhamowi udało się tutaj zmieścić wiele. Niestety, pisanie to przede wszystkim umiejętność skracania, a tego talentu autor najwyraźniej nie posiada.
Mnogość wątków w komiksie nie przekłada się na jego jakość. Fabuła ma problemy z utrzymaniem uwagi czytelnika, który często nie bardzo wie co bohaterom chodzi. W zamierzeniu autora „Krew dziewicy” miała być kolejną opowieścią o człowieku marzącym o karierze i w pogoni za nią zapominającym o to, co w życiu najważniejsze. Sęk w tym, że podłe zachowania jakimi Seymour doświadcza swoją rodzinę nie zawsze wynikają z jego pracy. Owszem, przesiaduje na planie, zapomina o ojcowskich obowiązkach, ale jednocześnie imprezuje z koleżankami z branży i zachowuje się tak, jak by aktywnie szukał kochanki. Ciężko go polubić, ciężko zrozumieć, a co za tym idzie, ciężko się z nim zidentyfikować.
Zachowanie głównego bohatera tłumaczone jest tym, że niedawno został ojcem, a pojawienie się dziecka wiele zmieniło w jego życiu, domu i relacjach z żoną. Jest to rzecz oczywista, jednak czytając „Krew dziewicy” nie ma się poczucia, żeby Seymour się w ogóle starał. Owszem, kocha syna i żonę, ale tym, co naprawdę przyprawia go o szybsze bicie serca, jest nie rodzina, a kino. Pytanie jakie nasuwa się czytelnikowi jest więc takie, czy ten bohater w ogóle zasługuje na szczęście?
Najbardziej w „Krwi dziewicy” przeszkadzała mi „szarpana” narracja. Harkham niekiedy czasami daje się ponieść nieistotnym szczegółom kosztem głównego wątku. Innym razem poświęca wiele kadrów na rozmowy bohaterów o klasykach kina „B”, a w pewnym momencie w ogóle porzuca Seymoura i jego rodzinę, by przedstawić samodzielną historię kowboja, który po wielu trudach i upokorzeniach sam odniósł karierę w Hollywood. Owszem, ta opowieść jest bardzo fajna, ale do końca nie wiadomo po co poświęcono jej kilkadziesiąt stron w albumie, który ma poważne problemy z utrzymaniem uwagi czytelnika.
Przyczyną tych wszystkich bolączek może być fakt, że „Krew dziewicy” powstawała aż 14 lat! Historia przez ten czas zapewne mocno ewoluowała, a patrząc na cykl jej publikacji wiele wskazuje na to, że Sammy Harkham pracował nad nią bardzo nieregularnie. W efekcie nie udało mu się zapanować nad rytem i płynnością narracji, a czytając komiks „jednym ciągiem” te niedoskonałości są się dla czytelnika boleśnie odczuwalne.
Wiele rzeczy w tym komiksie lubię. Doceniam wyłaniającą się z jego kadrów miłość do kina oraz mnóstwo poukrywanych w dialogach i obrazkach filmowych cytatów i nawiązań. Szanuję rozmach z jakim to wszystko przedstawiono, ale mam problem z bohaterami, ich motywacjami, a przede wszystkim „szarpaną” narracją, które skutecznie uniemożliwiły mi „wciągnięcie się” w tę opowieść.