„Kingsman: Tajne służby” Millar i Gibbons [RECENZJA]

Jedną z premier tegorocznego Festiwalu Komiksu było polskie wydanie miniserii „Kingsman: Tajne służby”, która kilka lat temu doczekała się przebojowej ekranizacji. To drugi po cyklu „Kick-Ass” tytuł z linii wydawniczej (i wydawnictwa) Millarworld, zakupionego kilka tygodni temu przez Netflixa, który ukazuje się w naszym kraju dzięki oficynie Mucha Comics.

Pochodzący ze Szkocji Mark Millar jest twórcą, któr poza talentem do tworzenia intrygujących historii ma również smykałkę do biznesu. Pierwsze kroki w branży komiksowej stawiał jeszcze pod koniec lat 80. W następnej dekadzie współpracował już z DC Comics, a na początku XXI wieku dołączył do Marvela, gdzie stworzył m.in. serię „Ultimate X-Men” czy głośne miniserie „Wojna domowa” i „Staruszek Logan”.

W 2004 roku autor powołał do życia linię wydawniczą oraz wydawnictwo Millarworld, które dziś służy również jako nazwa stworzonego przez niego uniwersum. Pod tym szyldem Millar wydał większość swoich najbardziej znanych dzieł: „Wanted” (zekranizowane kilka lat temu przez Timura Bekmambetowa), trylogię „Kick-Ass” (której dwie części zostały sfilmowane kolejno przez Matthew Vaughna i Jeffa Wadlowa) czy wreszcie wspomnianego wcześniej „Kingsmana: Tajne służby”. Prawa do wszystkich tytułów wydanych pod szyldem Millarworld pozostają w rękach twórców (a przynajmniej pozostawały do czasu kupna firmy przez Netflix), co było jednym z głównych powodów decyzji o transakcji. Netflix walczy bowiem o to, żeby swoją ofertę budować z tytułów, do których posiada pełne prawa i wciąż poszukuje pomysłów na kolejne filmy i seriale. Posiadanie Millarworld gwarantuje streamingowemu gigantowi, że przynajmniej na polu produkcji komiksowych, nie będą narzekać na brak tytułów do adaptacji.

Miniseria „Kingsman: Tajne służby” jest wspólnym dziełem Marka Millara i rysownika Dave’a Gibbonsa, współtwórcy m.in. głośnych „Watchmenów”. Głównym bohaterem komiksu jest Gary, angielski nastolatek z problemami, który nieoczekiwanie otrzymuje szansę zostania tajnym agentem. Dzięki wstawiennictwu swojego wujka Jacka Londona trafia do elitarnej jednostki oraz w sam środek wielkiego spisku, którego jednym z przejawów są porwania… celebrytów.

Ci, którzy „Kingsmana” znają tylko z ekranizacji mogą być zaskoczeni, bowiem w komiksie nie pojawiają się wzmianki o krawieckich korzeniach organizacji, w której służy London, agenci nie nazywają się tak jak rycerze okrągłego stołu, a sam Jack zupełnie nie przypomina swojej filmowej wersji zagranej brawurowo przez Colina Firtha. Komiks Millara i Gibbonsa jest kolejną parodią Jamesa Bonda. Utrzymaną w starym stylu opowieścią, w której szpiedzy noszą gustowne garnitury, są wyśmienitymi kochankami, a z opresji ratują ich wymyślne gadżety. Jest inaczej niż filmie, co nie znaczy, że gorzej.

„Kingsman: Tajne służby” to solidny komiks rozrywkowy. Dowcipny, trzymający w napięciu, pełen fabularnych niespodzianek i smaczków oraz znakomicie zilustrowany. Mark Millar sprawnie łączy w nim sensacyjną akcję z humorem i popkulturowymi cytatami, dodatkowo, od czasu do czasu, skutecznie szokując czytelników. To wszystko udało mu się zmieścić na 160 stronach, co sprawia, że „Kingsman” choć nie jest lekturą długą, to jest lekturą intensywną.

„Kingsman: Tajne służby” to jeden z lepszych tytułów wydanych z logiem Millarworld na okładce. Mark Millar jest autorem bardzo płodnym i sprawnym, ale nie wszystkie firmowane przez jego wydawnictwo dzieła są tak udane jak to. Niebawem będziecie mogli się o tym przekonać sami, bowiem Mucha Comics planuje publikację kolejnych tytułów z linii wydawniczej Millara: „Jupiter’s Legacy”, „Empress”, „MPH”, „Reborn”, „Starlight”, „Huck” oraz „Nemesis”. Są wśród nich rzeczy bardzo dobre, są też średniaki. „Kingsman: Tajne służby” zalicza się do tych pierwszych. Dla mnie to komiks skazany na sukces, który spodoba się nie tylko fanom agenta 007.

Komiks „Kingsman: Tajne służby” ukazał się nakładem wydawnictwa Mucha Comics.