„Jim Cutlass” Charlier, Giraud i Rossi [RECENZJA]

Kilkanaście lat po stworzeniu Blueberry’ego scenarzysta Jean-Michel Charlier i rysownik Jean Giraud powołali do życia kolejnego westernowego bohatera. Jim Cutlass nie zdobył takiej popularności jak wspomniany wcześniej porucznik, ale fani opowieści z Dzikiego Zachodu na pewno go polubią.

Nowy bohater zadebiutował w 1976 roku na łamach magazynu „Pilote”. Trzy lata później pierwsze przygody Jima Cutlassa ukazały się w formie albumu zatytułowanego „Mississipi River”, jedynego napisanego przez Charliera i zilustrowanego przez Moebiusa. Po jego premierze autorzy na długie lata porzucili tę postać. Kolejny tom perypetii Cutlassa ukazał się dopiero w 1991 roku. „Człowiek z Nowego Orleanu” został napisany przez Charliera i Girauda (pierwszy z wymienionych zmarł w 1989 roku), ale zilustrowany już przez Christiana Rossiego (znanego u nas już dzięki cyklowi „W.E.S.T.”). Od następnej części zatytułowanej „Biały aligator” pod przygodami Jima Cutlassa podpisywali się już Moebius i Rossi. W sumie, do roku 1999 ukazało się 7 tomów komiksowej serii.

Dzięki wydawnictwu Egmont dostaliśmy właśnie do rąk polskie wydanie pierwszego tomu zbiorczych przygód Jima Cutlassa w którym znalazły się trzy pierwsze albumy komiksowego cyklu. Akcja serii rozpoczyna się na krótko przed wybuchem wojny secesyjnej wraz z przybyciem na amerykańskie Południe oficera z Północy i zwolennika polityki Abrahama Lincolna, czyli tytułowego Jima Cutlassa. Bohater ma przejąć w spadku olbrzymią posiadłość wuja, ale z racji swoich poglądów szybko pakuje się w kłopoty i musi uciekać na Północ pozostawiając za sobą spadek oraz uroczą kuzynkę, z którą – jak się okazało – miał dzielić rodzinną schedę.

Po czterech latach wojny secesyjnej Jim powraca do rodzinnej posiadłości. Na Południu zastaje dawnych wrogów i nowe kłopoty. Najpierw musi stawić czoła rzezimieszkom chcącym przejąć jego własność, później – już na polecenie dowódcy – podejmuje się rozpracowania lokalnego oddziału Ku Klux Klanu terroryzującego okolicę. I po raz kolejny udowadnia, że „kłopoty to jego specjalność”.

„Jim Cutlass” to album adresowany przede wszystkim do fanów serii o przygodach Mike’a Blueberry’ego. Co prawda bohaterowie wyglądają inaczej, ale więcej ich łączy niż dzieli. Obaj są wojskowymi mającymi problem z dyscypliną, a swoje problemy rozwiązują przy użyciu pięści i rewolweru. Obaj też są na tyle skuteczni w działaniu, że ich przełożeni widzą w nich doskonałych kandydatów do zlecania im specjalnych misji.

Pierwsza z przygód Jim Cutlassa jest mocno przeciętna i wtórna wobec tego co znamy już Blueberry’ego, ale od „Człowieka z Nowego Orelanu” seria nabiera rumieńców. Od drugiego tomu akcja cyklu zaczyna pędzić jak oszalała. Giraud sprawnie wplątuje swojego bohatera w kolejne kłopoty, z których później równie sprawnie go wyciąga, a Christian Rossi znakomicie przedstawia to w dynamicznych i realistycznie skreślonych kadrach.

„Jim Cutlass” nie jest w żadnym stopniu komiksem przełomowym. Zarówno graficznie jak i scenariuszowo seria trzyma się sprawdzonych rozwiązań dostarczając czytelnikom solidnej, zgodnej z konwencją westernowej rozrywki. Jeśli więc, tak jak ja, mile wspominacie czas spędzony w towarzystwie Mike’a Blueberry’ego, po przygody Jima Cutlassa możecie sięgać w ciemno. Jedynym mankamentem jest dla mnie objętość albumu. Cały cykl liczy zaledwie 7 części, które – co udowodniło wydawnictwo Scream Comics swoją edycją „Bouncera” – zgrabnie można upchnąć w jednym tomie. Dzięki temu rozwiązaniu nie tylko zaoszczędzilibyśmy miejsce na półce, ale również poznali do końca historię Jima Cutlassa, bo „Biały aligator” – ostatnia z zawartych w albumie historii – więcej wątków zaczyna niż kończy, a na jej finał musimy w tej sytuacji jeszcze poczekać.