„Jessica Jones: Puls” [RECENZJA]

Ostatni tom „Alias”, serii poświęconej przygodom Jessiki Jones, skończył się w momencie kiedy Jessica dowiedziała się, że jest w ciąży z Lukiem Cagem i wspólnie z nim postanowiła rozpocząć „nowe życie”. „Puls” jest opowieścią o tym, co było dalej.

Aby zapewnić przyszłość swojemu dziecku, a przede wszystkim otrzymać ubezpieczenie lekarskie, ciężarna superbohaterka po przejściach podejmuje współpracę z J. Jonahem Jamesonem, wydawcą dziennika „The Daily Bugle” słynącego z niechęci do metaludzi. Kiedy ta polityka przestaje się sprawdzać, Jameson postanawia powołać do życia cotygodniowy dodatek do gazety o nazwie „Puls” poświęcony superbohaterom. Mają się w nim znaleźć zarówno omówienia jak i plotki, a Jessica Jones ma pomóc w redakcji w ich zdobywaniu. Zanim jednak była superbohaterka odnajdzie się w nowej pracy, redakcją „The Daily Bugle” wstrząśnie morderstwo, do Nowego Jorku dotrze Tajna Wojna Nicka Fury’ego, a na świat przyjdzie kolejny superbohater.

Uwielbiam „Alias”, ale kiedy zobaczyłem „Puls” w pierwszej chwili poważnie zastanawiałem się czy w ogóle chcę ten komiks otwierać. Zdobiąca album okładka Mike’a Mayhew’a jest bowiem przerażająca, a uzupełniająca ją grafika z ostatniej strony okładki (tego samego autora) zawiera portret Wolverine’a, który na komiksowych forach od dawna żyje już własnym, satyrycznym życiem. Na szczęście, pod tą koszmarną okładką kryje się kawał solidnej superbohaterskiej opowieści znakomicie napisanej przez Briana Michaela Bendisa.

« 1 z 3 »

Seria „Puls” doczekała się zaledwie 14 zeszytów (w zbiorczym wydaniu znajdziemy wszystkie poza zeszytem #10 będący samodzielną opowieścią powiązaną z „Domem M”), a Jessica Jones, choć pojawia się w każdym z nich, nie zawsze jest ich główną bohaterką ustępując niekiedy miejsca dziennikarzowi Benowi Urichowi. Choć złożony z kilku odrębnych opowieści, „Puls” jest historią przemiany jaką przechodzi Jessia Jones od mającej problemy z zaakceptowaniem samej siebie „superbohaterki po przejściach” do odpowiedzialnej za siebie i innych kobiety, świadomej zarówno swojej mocy jak i idącej z nimi w parze obowiązków.

Za stronę graficzną serii odpowiedzialni są kolejno: Mark Bagley (zeszyty 1-5), Brent Anderson (zeszyty 6-7), Michael Lark (zeszyty 8-9) oraz Michael Gaydos (zeszyty 11-14). Z nich wszystkich najmniej do gustu przypadły mi plansze Marka Bagleya, którego interpretacja postaci Jessiki Jones jako miłośniczki spódnic i butów na obcasie zupełnie nie pasowała do wizerunku bohaterki stworzonego przez Bendisa. Jednocześnie to właśnie narysowana przez niego historia jest z całego tomu najlepszą. Kolejne pozostawiły mnie z uczuciem niedosytu. Opowieść o konsekwencjach Tajnej Wojny jest dobrze opowiedziana i trzymająca w napięciu, ale osoby nie znające kulis konfliktu rozpętanego przez Nicka Fury’ego, nigdy nie poznają motywów jakie stały z przedstawionymi w niej wydarzeniami. Z kolei opowieść o śledztwie Bena Uricha w sprawie zapomnianego superbohatera D-Mana zaczyna się wybornie, ale kończy za szybko, a scenariusz nie wykorzystuje w pełni potencjału drzemiącego w pomyśle, na jakim został oparty.

Zamykający album one-shot „New Avengers Annual #1” jest najsłabszym z całego zbioru. Co prawda Jessica Jones i Luke Cage biorą w nim ślub (udziela go im człowiek o wyglądzie Stana Lee), ale sama historia, choć wyładowana akcją, jest chaotyczna i pozbawiona głębszej myśli. Zdecydowanie nie jest to najlepszy superbohaterski ślub w historii gatunku.

„Puls” to album przeznaczony przede wszystkim dla fanów Jessiki Jones. Pozostałym polecam najpierw sięgnąć po „Alias”, a jeżeli ta seria Was wciągnie (a tak się zapewne stanie), wtedy „Puls” na pewno będziecie chcieli mieć na swojej półce.

Album „Jessica Jones: Puls” ukazał się nakładem wydawnictwa Mucha Comics.