Gra „Injustice” nigdy nie odegrała w moim życiu większego znaczenia, ale zawsze intrygowała mnie od strony fabularnej. Kiedy więc Egmont opublikował pierwszy tom zbiorczego wydania komiksowej serii inspirowanej produkcją NetherRealm Studios sięgnąłem po nią od razu. I nie żałuję.

Wydana w 2013 roku a wyreżyserowana przez Eda Boona, twórcę „Mortal Kombat”, gra „Injustice” to bijatyka osadzona w alternatywnym uniwersum DC Comics, w którym Superman, oszukany przez Jokera, zabił Lois Lane i zrównał z ziemią Metropolis. Pogrążony w rozpaczy wypowiedział bezwzględną wojnę całemu złu, w efekcie której został tyranem bezwzględnie rządzącym światem. Opór stawia mu inna grupa herosów dowodzona przez Batmana.

„Injustice” odniosło olbrzymi sukces i zostało docenione zarówno przez graczy jak i krytyków, a w 2017 roku doczekało się udanej kontynuacji. Komiksowa seria, początkowo służąca jako wprowadzenie do alternatywnego uniwersum, zadebiutowała na rynku w styczniu 2013 roku, trzy miesiące przed premierą gry, i utrzymała się na nim przez kilka lat. W 2018 roku doczekała się nawet efektownego, choć niekoniecznie udanego, crossoveru „Injustice vs. Masters of the Universe”.

Komiksowe „Injustice” ukazywało się do 2016 roku, kiedy seria została skasowana. Historię w niej rozpoczętą dokończono w miniserii „Injustice: Ground Zero”, której narratorką była Harley Quinn. Scenarzystą odpowiedzialnym za start komiksowego „Injustice” był Tom Taylor, doświadczony autor, który w swojej karierze współpracował prawie ze wszystkimi liczącymi się wydawnictwami komiksowymi. I też jego „Injustice” jest rzetelną komiksową superprodukcją, którą dobrze się czyta.

Cykl nie jest żadną rewolucją. Owszem, zbudowany jest na intrygującym pomyśle, ale to wciąż superbohaterska nawalanka. Tylko tym razem gra toczy się o inną stawkę, a wspomagane supermocami ciosy często okazują się śmiertelne. Tom Taylor, podobnie jak Zack Snyder w zrealizowanym w 2013 roku filmie „Człowiek ze Stali”, pokazał prawdziwą moc Supermana. Siłę, która może uratować miliardy istnień, ale może też je bezpowrotnie zniszczyć. A co gorsza, na Ziemi nie ma nikogo, kto mógłby ją powstrzymać.

Nie sięgam dziś przesadnie często po komiksy superbohaterskie, bo – przyznaję – ciężko mi się je czyta. I często stają mi kością w gardle. Z „Injustice” było inaczej. Wszedłem w tę historię jak w masło i nieźle się przy niej bawiłem. Arcydzieła nie ma, ale jest solidne czytadło, obfitujące w zwroty akcji, wydarzenia, emocje i, co rzadkie w mainstreamowych komiksach superbohaterskich, efektowne zgony. Jeśli lubicie taki rodzaj komiksu, sięgajcie po „Injustice” bez wahania. Jeśli jednak z trykotami Wam nie po drodze, trzymajcie się od tego tytułu z daleka, Mimo efektownego pomysłu fabularnego, „Injustice” to wciąż kolejna superbohaterka nawalanka. Tylko bardziej brutalna.

Zostaw odpowiedź