„Hip Hop Genealogia”, Ed Piskor [RECENZJA]

Mimo młodego wieku Ed Piskor jest legendą amerykańskiego komiksu niezależnego. Współpracował z Harveyem Pekarem, zdobył Nagrodę Eisnera, a niedawno z hukiem wkroczył do tzw. „mainstreamu” tworząc dla Marvela „X-Men: Grand Design”, opowieść o początkach jednej z najsłynniejszych drużyn superbohaterów. „Hip Hop Genealogia”, najambitniejsze przedsięwzięcie w dotychczasowej karierze Piskora, to jednocześnie pierwszy jego komiks, który doczekał się polskiego wydania.

Czteroczęściowy cykl opowiada o narodzinach hip hopu. W pierwszym tomie, traktującym o latach 70. i początkach lat 80. (dokładnie do 1981 roku), Ed Piskor zabiera czytelników w nostalgiczną podróż do nowojorskich klubów i parków, w których spontanicznie rodziła się nowa muzyka, wraz z nią nowa scena, a w konsekwencji nowa kultura.

W kadrach „Hip Hop Genealogii” spotykają się Russell „Rush” Simmons (współzałożyciel wytwórni Def Jam) i Kurtis Blow (pierwszy raper nagrodzony Złotą Płytą), Joseph „Run” Simmons (późniejszy filar Run-D.M.C.) i Sylvia Robinson (właścicielka wytwórni Sugar Hill Records nazywana matka hip hopu), czy Afrika Bambaata (uznawany za ojca chrzestnego hip hopu) i Jean-Michel Basquiat (prekursor grafiiti). Przez komiksowe dzieło Piskora przewijają się setki nazwisk, twarzy, utworów i miejsc. Ta drobiazgowość imponuje, ale też paradoksalnie przeszkadza.

Czytając „Hip Hop Genealogię” miałem poczucie obcowania z encyklopedycznym wpisem. Rozbudowanym, bogato ilustrowanym, ale stworzonym tak, by zmieścić w nim jak najwięcej wiadomości. I jako „bryk” dzieło Eda Piskora sprawdza się znakomicie. Gorzej wypada, jeśli spojrzy się na niego jak na opowieść mającą nie tylko uczyć, ale również bawić.

Przede wszystkim „Hip Hop Genealogia” nie jest komiksem, który czyta się szybko. Album wymaga uwagi i koncentracji, bowiem zasypany nazwiskami, ksywami i nazwami kolejnych składów odbiorca, błyskawicznie zaczyna się w nich gubić. Piskor z szybkością karabinu maszynowego wprowadza do albumu kolejnych bohaterów, by za chwilę ich porzucić i zając się kolejnymi, a potem wrócić do tych wcześniejszych, niejednokrotnie bez wprowadzenia czy przypomnienia z kim mamy do czynienia. Sytuacji nie ułatwiają schematyczne rysunki Piskora, na których część bohaterów jest do siebie bardzo podobnych, a różnią ich od siebie przede wszystkim elementy garderoby. W rezultacie czytając „Hip Hop Genealogię” często odbijałem się od tej historii, bo nie byłem w stanie od razu zrozumieć o kim właśnie mowa, albo co się dzieje w danych kadrach i dlaczego. Musiałem cofać się o kila stron, odnajdywać bohatera wątku i dopiero po wyłapaniu kontekstu mogłem „iść” dalej.

„Hip Hop Genealogia” jest więc dziełem wymagającym w odbiorze, ale też wiele oferującym w zamian. Bo przy wszystkich swoich niedoskonałościach zapewnia nam wyjątkową podróż do czasów początku narodzin jednej z najważniejszych miejskich kultur. W drobiazgowy sposób pokazując nie tylko w jaki sposób i w jakich okolicznościach powstał hip hop, ale również przypominając nazwiska jego prekursorów oraz wyzwania, z którymi mierzyć się musieli pionierzy nowej sceny. „Hip Hop Genealogia” to opowieść o pasji, przyjaźni, rywalizacji oraz, oczywiście, pieniądzach. Bo kiedy okazało się, że na rapowaniu można zarobić, scena szybko zaroiła się od tych, którzy chcieli te okazję wykorzystać, często kosztem artystów, z którymi współpracowali.

« 1 z 2 »

Komiks wypełniony jest nie tylko informacjami, ale również rapowymi rymami. Tłumacz Marceli Szpak na jednym z portali społecznościowych wspominał, że ich przełożenie na polski język było na tyle skomplikowane, ż poprosił o pomoc Piotra Czarnotę, nie tylko doświadczonego translatora, ale okazjonalnego MC i DJ-a. Efekty ich wspólnej pracy są doskonałe. Rapowe bitwy i pojedynki nie tylko brzmią dobrze, ale mają swój rytm, co możecie sprawdzić próbując je zarapować do dowolnego bitu. Działa każdy z nich.

Kilka słów warto poświęcić na oprawę graficzną komiksu, która utrzymana jest w stylu tzw. „vintage”. Znający „X-Men: Grand Design” nie będą nim zaskoczeni, bowiem oba albumy narysowane są w ten sam sposób (a nawet wydane w identycznym formacie). Całość sprawia wrażenie taniego wydawnictwa na podłym papierze z przygaszonymi, rastrowymi kolorami, które od czasu do czasu są jeszcze niedokładnie na siebie nałożone w druku. Rysunki Piskora są przy projektach postaci uproszczone i satyryczne, ale w przypadku scenografii zwracają na siebie uwagę szczegółowym przywiązaniem do realiów czasów, o których opowiada komiks.

„Hip Hop Genealogia” to nie komiks dla każdego. Inaczej odbiorą go fani hip hopu, którzy w kadrach spotkają swoich idoli i dowiedzą się jak doszło do powstania pierwszych rapowych hitów, inaczej ci, którzy o „czarnym punk rocku” wiedzą niewiele, a po album Piskora sięgną właśnie po to, żeby te braki nadrobić. Pierwsi będą zachwyceni, drudzy mogą mieć problemy z odnalezieniem się gąszczu nazwisk, ksywek i nazw zespołów. Pierwszym „Hip Hop Genealogii” polecać nie trzeba. Drugich zachęcam, bo choć komiks Piskora jest niejednokrotnie wystawia cierpliwość czytelnika na próbę, to poświęconą mu uwagę wynagradza z nawiązką.