Imprint DC Black Label nie jest jeszcze synonimem znakomitego komiksu jak to miało miejsce z Vertigo, ale coraz częściej pod tym szyldem ukazują się tytuły zasługujące na uwagę. Jednym z nich jest miniseria „Hellblazer: Wzlot i upadek”.

John Constantine po raz kolejny pakuje się w kłopoty. Ale kiedy na ulicach pojawiają się zwłoki wpływowych bogaczy, w dodatku wyposażone w… skrzydła, naturalnym jest, że nie stroniący od alkoholu mag musi się tym zająć. Tym bardziej, że sprawa jest mocno związana z wydarzeniami z jego przeszłości, a o jej szybkie rozwiązanie zabiega sam Lucyfer. Wkrótce John Constantine staje do walki z potężnym demonem…

„Hellblazer: Wzlot i upadek” to wspólne dzieło scenarzysty Toma Taylora i rysownika Daricka Robertsona. Pierwszy jest solidnym rzemieślnikiem, drugi wybitnym artystą, którego „Transmetropolitan” swego czasu zaczytywałem do upadłości. I takim też komiksem jest „Hellblazer: Wzlot i upadek” – solidnym czytadłem z obłędnymi rysunkami.

Taylor czuje i lubi postać Constantine. Choć formuła imprintu DC Black Label na to pozwala (historie w nim przedstawione nie są kanoniczne), autor nie definiuje tej postaci na nowo. Za to sprawnie eksploatuje najbardziej charakterystyczne cechy tego bohatera. Jego John Constantine jest niepoprawny, bezczelny, niekiedy wręcz niesmaczny, ale jednocześnie nie sposób go nie lubić. Fani postaci powinni być tą interpretacją bohatera zadowoleni.

Taylor to doświadczony rzemieślnik, doskonale świadom tego czego po komiksach oczekują czytelnicy. I dokładnie takie doświadczenie dostarcza „Hellblazer: Wzlot i upadek” – sprawnie opowiedzianą, umiejętnie łączącą grozę z komedią opowieść nie tylko dla fanów Johna Constantine’a.

Tym, co czyni ten komiks czymś więcej, niż solidną produkcją, są rysunki Daricka Robertsona. Artysta, polskim czytelnikom znany już nie tylko z „Transmetropolitan”, ale również stworzonych wspólnie z Garthem Ennisem „Chłopaków”, ponownie dał z siebie wszystko. Dzięki powiększonemu formatowi, w jakim ukazał się „Hellblazer: Wzlot i upadek”, Amerykanin mógł poszaleć z kadrami i kompozycją, a jego rysunki – w których humor i groza tworzą jedność – prezentują się zachwycająco.

Najnowszy komiks spod szyldu DC Black Label, jaki doczekał się polskiego wydania, to wizualna uczta i solidne, rozrywkowe czytadło. Jeśli macie ochotę niezobowiązującą lekturę z czarnoksiężnikami, diabłami i opętanymi dziećmi w rolach głównych, wiecie co robić.

Zostaw odpowiedź