„Hellblazer” Azzarello [RECENZJA]

Dawno już żaden komiks od Egmontu nie sprawił mi tyle frajdy co „Hellblazer”. Po „Punisherze Max” i „Daredevilu” Bendisa i Maleeva to kolejny cykl, który znajdzie stałe miejsce na moich półkach.

„Hellblazer” to jedna z najdłuższych i najlepszych komiksowych serii jakie ukazały się w ramach imprintu Vertigo. Cykl był tworzony nieprzerwanie przez 25 lat i doczekał się 300 zeszytów, których autorami byli m.in.: Garth Ennis, Eddie Campbell, Paul Jenkins, Warren Ellis, Grant Morrison, Neil Gaiman, Brian Azzarello, Darko Macan, Mike Carey i Peter Milligan.

Ojcami Johna Constantine’a, głównego bohatera serii, są Alan Moore, Steve Bissette, John Totleben, Jamie Delano i John Ridgway. A powstanie tej postaci ma źródło w… żarcie. Podczas pracy nad „Sagą o Potworze z Bagien” Steve Bissette i John Totleben zaczęli umieszczać w komiksowych kadrach postać wyglądem przypominającą Stinga (obaj rysownicy byli wielkimi fanami The Police). Później zapragnęli uczynić z niej uczestnika komiksowych wydarzeń. Pomysł ten poparł Alan Moore, który – wbrew obawom szefów DC Comics obawiających się pozwu ze strony brytyjskiego muzyka – powołał do życia Johna Constantine’a. Cynicznego czarodzieja, oszusta i samozwańczego detektywa specjalizującego się w okultyzmie z wyglądu przypominającego lidera The Police.

Oficjalna premiera postaci miała miejsce w 37 zeszycie „Swamp Thing” w 1985 roku. Trzy lata później John Constantine był już bohaterem własnej serii „Hellblazer”. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych mieszkańców uniwersum DC Comics, bohaterem pełnometrażowego filmu w reżyserii Francisa Lawrence’a, kilku seriali i gier wideo oraz animacji.

Egmont zapowiedział, że serię „Hellblazer” polscy czytelnicy poznają w trzech interpretacjach: Briana Azzarello (2 tomy), Gartha Ennisa (3 tomy) oraz Warrena Ellisa (1 tom). W tym miejscu warto zauważyć, że ponad 10 lat temu wydawnictwo opublikowało pięć komiksów z cyklu „Hellblazer” ze scenariuszami Gartha Ennisa, aczkolwiek w bardzo poszatkowanej formie. Nowa edycja ma to niedociągnięcie naprawić.

W pierwszym tomie znajdziemy pięć opowiadań. Trzy kilkuodcinkowe: „Ciężki wyrok” (rys. Richard Corben), „Dobre chęci” i „Piekło zamarznie” (rys. Marcelo Frusin) oraz dwa one-shoty: „W grobie” (rys. Steve Dillon) i humorystyczny „Pierwszy raz” (rys. Dave E. Taylor).

W „Ciężkim wyroku” Constantine trafia do więzienia o zaostrzonym rygorze, gdzie musi walczyć o przetrwanie. W „Dobrych chęciach” odwiedza miasteczko Doglick, którego mieszkańcy skrywają mroczną tajemnicę. „Piekło zamarznie” to rasowy kryminał, którego bohaterowie – w tym John Constantine – zostają odcięci od świata przez szalejącą śnieżycę, a w wkrótce odkrywają, że pomiędzy nimi ukrywa się morderca. W noweli „W grobie” powraca jeden z bohaterów „Ciężkiego wyroku”, a Constantine jest świadkiem pewnej rozmowy. Z kolei „Pierwszy raz” w dowcipny sposób opowiada o początkach nikotynowego nałogu przyszłego detektywa.

Jak wspomniałem we wstępie, pierwszy tom „Hellblazera” dostarczył mi sporo frajdy. Brian Azzarello znakomicie rozumie tę postać. Widać to już od pierwszych stron „Ciężkiego wyroku”, gdzie scenarzysta zgrabnie połączył klimat i scenografię rodem ze „100 naboi” z constantine’owym cynizmem oraz, oczywiście, odrobiną magii. A wszystko to znakomicie, jak zawsze, narysował Richard Corben. Jego rysunki odbiegają od wizerunku Johna Constantine’a, do którego jesteśmy przyzwyczajeni i nie wszystkim muszą przypaść do gustu. Jednak fani twórczości Amerykanina będą zachwyceni.

Podobnie rzecz się ma z „Dobrymi chęciami” i „Piekło zamarznie”. Kreska Frusina, do pewnego stopnia przypominająca rysunki Eduardo Risso, doskonale współgra z pełnymi niespodzianek scenariuszami Azzarello. Z kolei autor „Księżycówki” konsekwentnie udowadnia, że ma pomysły na postać Constantine’a, które nie zaczynają i nie kończą się na magii. Azzarello umiejętnie łączy w nich różne, często sprzeczne ze sobą gatunki, tworząc trzymające w napięciu, a przede wszystkim zaskakujące historie.

„Hellblazer” to tytuł, którego nie powinno zabraknąć na Waszych półkach, bo na pewno przeczytacie go więcej niż jeden raz. Znakomite scenariusze, świetne rysunki i jedyny w swoim rodzaju bohater – te trzy elementy dają w efekcie uzależniającą serię, która, mam nadzieję, tym razem zostanie z nami na długo.