„Grass Kings” Kindt i Jenkins [RECENZJA]

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że większość komiksów, które czytam to takie, które najkrócej można opisać słowami „można, ale nie trzeba”. Kiedy więc wpadnie w moje ręce album, który „trzeba”, cieszę się jak dziecko. A takim właśnie tytułem jest seria „Grass Kings” Matta Kindta i Tylera Jenkinsa.

Grass Kings przenosi czytelników na amerykańską prowincję do Królestwa Traw, złożonego z przyczep i prowizorycznych domków osiedla funkcjonującego poza prawem. Założone i rządzone przez trzech braci, jest azylem dla wszystkich chcących żyć z dala od amerykańskiego rządu i jego służb. Nie wszystkim się to jednak podoba, w tym szeryfowi sąsiedniego miasteczka, dla którego istnienie Królestwa Traw jest bolesnym wrzodem na tyłku.

Niewielka społeczność ma swoje problemy. Największym z nich jest jej przywódca, Robert, który nie potrafiąc pogodzić się z rodzinna tragedią szuka zapomnienia w alkoholu. Nie uchodzi to uwadze mieszkańców Królestwa Traw, którzy coraz częściej przebąkują, że czas Roberta minął, a przywództwo nad osiedlem powinien przejąć jeden z jego braci. Te wewnętrzne niesnaski przerywa pojawienie się w osadzie młodej kobiety szukającej schronienia przed despotycznym mężem. Jej przypadkowe spotkanie z Robertem stanie się początkiem dramatycznych wydarzeń, które wpłyną na życie wszystkich mieszkańców Królestwa Traw.

„Grass Kings” to seria, w której wszystko jest znajome. Pomysł na fabułę przypomina ten, na którym oparta jest intryga „Briggs Land”, a osadzenie akcji na głębokiej amerykańskiej prowincji przywodzi na myśl „Bękarty z południa” i „Scalped”. Z kolei nieco nostalgiczny sposób narracji koncentrujący się przede wszystkich na wątkach obyczajowych zamiast na sensacyjnej akcji, przywodzi na myśl dzieła Jeffa Lemire’a. Co ciekawe, z tej z pozoru wtórej kombinacji wyszedł komiks dojrzały i poruszający.

O ile poruszające podobny temat „Briggs Land” Briana Wooda jest dziełem czysto sensacyjnym, o tyle „Grass Kings” skupia się na bohaterach mieszkających po obu stronach granicy dzielącej Królestwo Traw od „zwykłego” świata. Kryminalny wątek jest jedynie pretekstem do przyjrzenia się uczestnikom tego dramatu, w którym najważniejsze są uczucia i emocje. W tej opowieści nie ma ludzi stuprocentowo dobrych, ani stuprocentowo złych. Każdy z bohaterów ma swoje powody, dla których zachowuje się tak a nie inaczej. Nawet jeśli nie zgadzamy się z podejmowanymi przez nich decyzjami, to zawsze je rozumiemy. Z tej perspektywy „Grass Kings” jawi się nie jako kolejna „prosta historia o przemocy”, ale opowieść o starciu zwolenników odmiennych wizji świata.

Kindt w przeciwieństwie do Briana Wooda nie dotyka w ogóle polityki. Mieszkańców Królestwa Traw łączy przywiązanie do wolności. Stworzyli społeczność po to, by nikt im nie mówił jak mają żyć. Ta utopia ma jednak swoje wady, a jedną z nich jest fakt, że w Królestwie Traw schronienie znaleźli nie tylko ideowcy, ale również… seryjny morderca. Bo też tom pierwszy, to dopiero wprowadzenie do znacznie bardziej rozbudowanej opowieści. Matt Kindt w swoim scenariuszu zasygnalizował w nim kilka wątków, które będzie rozwijał w kolejnych częściach, a z robił to na tyle dobrze, że na premierę kolejnego tomu czekał będę z niecierpliwością.

Poza wciągającą historią „Grass Kings” porywa czytelników fantastyczną stroną graficzną. Nieostra, niedopowiedziana kreska Tylera Jenkinsa w połączeniu z akwarelowymi kolorami dają tej historii wyjątkowy posmak. W „Grass Kings” nie brakuje przemocy, nie brakuje też trupów. Ale nawet najbrutalniejsze kadry są w niej łagodzone przez poetyckie rysunki. Jeśli przypadła Wam do gustu seria „Descender” Jeffa Lemire’a i Dustina Nguyena, to w dziele Kindta i Jenkinsa odnajdziecie podobną poetykę.

„Grass Kings” nie jest komiksem dla wszystkich. Jeśli jednak lubicie nieoczywiste historie, opowiedziane nieśpiesznie i z dużą dozą sympatii dla bohaterów, a przy tym skąpane w nostalgii charakterystycznej dla amerykańskiego kina niezależnego, nie będziecie rozczarowani.